Reklama

Wieś Słobity po 1954 roku

04/08/2017 10:46

Do roku 1970, do znanego porozumienia W. Brandt – W. Gomułka w Warszawie, jakiekolwiek przyjazdy byłych mieszkańców dawnych ziem niemieckich przyznanych Polsce, były niemożliwe.

Przyjazdy nie były również możliwe dla właściciela majoratu w Słobitach, Alexandra księcia zu Dohna. Ale od tego czasu, w latach 70-tych, 80-tych i na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia przebywał on 11 razy w Polsce. Z reguły wspólnie z żoną oraz niekiedy z dziećmi. Zwiedził praktycznie całą Polskę od Śląska po Białystok. Nawiązał szereg osobistych kontaktów i znalazł tu wielu nowych przyjaciół.

W swoich wspomnieniach wymienia m.in. dyr. Muzeum Narodowego w Warszawie prof. Stanisława Lorentza, który nota bene – był przeciwnikiem odbudowy Zamku w Malborku, byłego kustosza Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie dr Kamilę Wróblewską oraz nieodłączną tłumaczkę rodziny von und zu Dohna - Izabellę Płatkowską.
Kontaktował się z muzeami w Elblągu i Olsztynie, a od 1974 r. regularnie odwiedzał Słobity, i jak wspomina, zawsze było to dla niego ciężkie przeżycie. Ostatni raz przyjechał tu z najbliższymi we wrześniu 1992 r. Wieś wyglądała wówczas smutnie i szaro, była zaniedbana, porośnięta chwastami i krzakami.

Wiele budynków w centrum, wybudowanych niegdyś z czerwonej cegły i pokrytych takimiż dachami, popadło w ruinę i zostało rozebranych. Na obrzeżu wsi wybudowano nowe domy, których architektura była typowa dla wielu pegeerowskich wsi – szare, cementowe tynki i azbestowo-eternitowe dachy. Trudno było mówić o jakiejś planowej harmonijnej zabudowie, po prostu tam budowano, gdzie miejsca stało.

Już w kilka tygodni po rozwiązaniu konwoju uciekinierów ze Słobit i Prakwic w marcu 1945 r. w miejscowości Hoya pod Bremą, Alexander dowiedział się, że pałac w Słobitach spłonął wkrótce po zajęciu go przez żołnierzy sowieckich. Niestety, prawie wszystkie pałace rodu von und zu Dohna uległy zniszczeniu. Przykładem tego są losy pałaców w Karwinach, Gładyszach, Prakwicach, Sasinach, Kątach, Markowie, Kamieńcu… Książę Alexander zastanawiał się w pewnym momencie - komu na tym zależało? Po jakimś czasie wszystko się wyjaśniło. Otóż już po zakończeniu wojny w wielu pałacach, dworach wojskowe władze sowieckie miały swoje kwatery, komendantury.

Wówczas nie było światła elektrycznego, sowieccy żołnierze używali prowizorycznego oświetlenia, by się ogrzać palili czym się dało i gdzie się dało. A przecież nie stronili od alkoholu…W czasie każdorazowego pobytu w Słobitach odwiedzał tutejszy kościół i cmentarz, na którym spoczywa około 20 jego przodków i członków najbliższej rodziny. Najstarsze groby pochodzą z początku XIX w., a na tablicy znajdującej się na ścianie kościoła upamiętniającej poległych mieszkańców Słobit w I wojnie światowej, znajdują się nazwiska jego dziadka i ojca. Wszystkie groby miały płyty z graniu szwedzkiego, o wymiarach 100 x 180 cm, ważące ok. tony.

W czasie pobytu w 1975 r. stwierdził, że skradziono 3 płyty, które prawdopodobnie sprzedano do jednej z firm kamieniarskich w pobliskich Młynarach. Kradzież ta zbulwersowała ówczesnego proboszcza S. Gadomskiego, jak i miejscową ludność. Niedługo potem ks. Gadomski odgrodził od ulicy kościół i cmentarz siatką drucianą, którą Alexander dostarczył z Niemiec. Jednakże następnej zimy ponownie skradziono 2 płyty nagrobne. Po wspólnych uzgodnieniach, postanowiono przenieść pozostałe płyty granitowe do kościoła i wmurować je w ściany boczne. Koszty tej operacji, w wysokości 200 dolarów, pokrył książę Alexander. Pięknym uzupełnieniem tych działań była kościelna uroczystość, która odbyła się w 1981 r. Ks. Gadomski wygłosił homilię, a następnie poświęcił płyty nagrobne i odmówił modlitwy za zmarłych Dohnów, podkreślając, że byli pobożnymi ewangelikami.

Książę Alexander, w imieniu swej rodziny, serdecznie podziękował. Siedział z żoną na dwóch wyściełanych fotelach poniżej ołtarza, a obok tłumaczka. Mimo, iż był to zwykły dzień pracy, zebrało się około 30 parafian - mieszkańców Słobit i okolicy. Na ich życzenie Alexander opowiedział historię swego rodu, wsi i pałacu. Obecni na tej ekumenicznej mszy zgłosili chęć ofiarowania robocizny przy jego ewentualnej odbudowie. Wreszcie pewna kobieta wyraziła życzenie, by państwo Dohnowie powrócili do Słobit, gdyż powinni być tu pochowani, obok swoich przodków. W sumie całe spotkanie, zważywszy, iż był to rok 1981, miało wzruszający charakter i służyło prawdziwemu pojednaniu.

Niestety, rok później okazało się, że słowa o przebaczeniu, pojednaniu i szacunku dla zmarłych, dla nowego proboszcza ks. M. Szczęsnego, miały tylko fasadowy charakter. Był on wówczas młodym duchownym, przeniesionym z jednej z parafii we wschodniej Polsce, a Słobity były jego pierwszym probostwem. Z miejsca zanegował obecność kamiennych płyt nagrobkowych Dohnów w kościele i oświadczył, że polscy parafianie nie mogą modlić się wśród niemieckich napisów. Zaproponował, by wszystkie płyty zdemontować i wmurować na specjalnym murze na dziedzińcu kościelnym, oczywiście na koszt Dohny. Tą propozycję książę Alexander odrzucił. Przy okazji następnej podróży do Polski w 1983 r. stwierdził, że wszystkie jego wysiłki w tym kierunku poszły na marne. Płyty ze ścian kościoła zostały zdjęte i wmurowane w podłogę przy wejściu... napisami do dołu.

Wobec niektórych parafian ks. Szczęsny wyraził opinię, że teraz Dohna „będzie musiał się podkopać, by zobaczyć, kogo dana płyta dotyczy, a dla wielu samo stąpanie po tych płytach będzie również pewną satysfakcją”. Posunięcie proboszcza spowodowało interwencję na najwyższych szczeblach hierarchii kościelnej i dyplomatycznej. W celu załagodzenia sytuacji stwierdzono, że płyty były zamocowane bez zezwolenia konserwatora zabytków i zagrażały bezpieczeństwu wiernych. Na ścianie pozostawiono jedynie płytę nagrobną pradziadka księcia - Richarda Friedricha zu Dohna (1807-1894) budowniczego tegoż kościoła w 1871 roku. Nieco później Alexander dowiedział się od ludzi, że ojciec proboszcza zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym. Zrozumiał więc jego stanowisko i decyzje.

W sierpniu 1974 r. odwiedził po raz pierwszy J. Konarzewskiego, ówczesnego dyrektora PGR w Słobitach, z którym z miejsca się zaprzyjaźnił. Przekazał mu wiele danych z posiadanych ksiąg gospodarstwa na temat stanu pogłowia bydła i wydajności zbóż. Dyr. Konarzewski, który dobrze posługiwał się językiem niemieckim, przyjął wskazówki z zadowoleniem i porównywał je z aktualnymi wynikami gospodarstwa. Książę stwierdził, że rozmowy „w cztery oczy” były bardzo otwarte i wkrótce skonstatowali, że wiele ich łączy.

Ojciec dyr. Konarzewskiego miał gospodarstwo w Polsce centralnej, z którego został wywłaszczony i podobnie jak Dohna, także w 1944 r. kopał pod przymusem Niemców rowy przeciwczołgowe. Ich bilateralne kontakty towarzyskie nie mogły ujść uwadze pasłęckim władzom „bezpieczeństwa” i bezpośrednim przełożonym. Dyr. Konarzewski miał z tego tytułu wiele nieprzyjemności, ale nie zważając na nic, „przechodził nad tym do porządku dziennego i nie umniejszał swojej gościnności”.
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama