Reklama

Wspomnienia z Grunwaldzkiej

05/01/2017 11:57

Tysiące elblążan w pierwszych latach po zakończeniu wojny rozproszyło się nie tylko po Niemczech, ale także po całej Europie i świecie. Niektórzy z nich osiedlili się na stałe w USA, w Argentynie i Urugwaju.

Wśród wielu elblążan, którzy opuścili na stałe nie tylko Elbląg, ale i Niemcy, znaleźli się rodzice Wolfganga Fritza Rumpa, którzy osiedlili się w St. Beverley w stanie Nowy Jork. On sam urodził się w Elblągu w 1937 r. i mieszkał z rodzicami w zachowanej do dzisiaj kamienicy przy Tannenberg-Allee 97 (dzisiaj aleja Grunwaldzka). Dom ten niczym specjalnym się nie wyróżnia, chociaż wewnątrz, na parterze, znajduje się ładna terakota oraz dobrze zachowana stolarka klatki schodowej.

Wolfgang F. Rump do dzisiaj mieszka w USA. W 1995 r. odwiedził po raz pierwszy rodzinny Elbląg. Cztery lata później napisał krótkie wspomnienia, także na bazie relacji swoich rodziców. W tym wspomnieniach tak obrazuje swój elbląski epizod:

„Urodziłem się w jubileuszowym dla Elbląga roku 1937 i uczęszczałem do szkoły im. Truso przy Trusostraße (obecnie SP 4 przy ul. Mickiewicza). Mieszkaliśmy naprzeciwko dworca towarowego, więc jako dzieci wielokrotnie wracaliśmy do domu mocno umorusani, doskonale wiedząc iż kara będzie nieunikniona. Za naszym domem znajdował się spory sad, z którego owoce nosiliśmy m.in. rannym żołnierzom przebywającym w lazarecie przy Langemarckstraße (obecnie Komeńskiego). Pamiętam, że w pobliżu ratusza znajdowała się jakaś znakomita cukiernia, gdzie kupowaliśmy słodycze, których smak mam jeszcze do dzisiaj w ustach… Podobnie jak moja siostra, zostałem ochrzczony w kościele św. Mikołaja.

Moimi rodzicami byli: Fritz Rump i Luise Rump z domu Robiller. Ojciec pracował początkowo jako krawiec w zakładzie Paula Webera przy ul. Św. Ducha 24/25, a następnie usamodzielnił się. Otworzył zakład krawiecki przy ulicy Królewieckiej 54. Rodzice poznali się podczas rejsu statkiem po Zalewie Świeżym (Wiślanym). Mama pochodziła ze starej, wschodniopruskiej rodziny, a jej ojciec Max Robiller (zm. w Elblągu, w 1943 r.) był ślusarzem w stoczni F. Schichau. Jego przodkowie byli prawdopodobnie wypędzonymi z Francji Hugenotami, gdyż do dzisiaj w Normandii często spotyka się nazwisko „Robellier”.

Pod koniec wojny mieszkaliśmy przy Alei Grunwaldzkiej nr 97, czyli moi rodzice oraz ja z siostrą, ponadto Heinz Borowski i Anna Borowski z domu Gottschalk, Martha Hredina z domu Makowski, Willi i Anna Külper z domu Kneff, Johanna Makowski, Alfred Salome, Gustaw i Anna Salome z domu Liedtke oraz Anna Sommer z domu Borowski.

Jak przeżyłem ucieczkę z Elbląga w styczniu 1945 r. przed nadchodzącą Armią Czerwoną? Pamiętam, że w tamtych dniach w mieście leżało dużo śniegu i był przenikliwy mróz. Mojego taty nie było w domu – w dniu 17.8.1939 r. został powołany do 400. Pułku w 228. Dywizji Piechoty Wehrmachtu. Później, to jest w lipcu 1940 r., dostał przydział do batalionu uzupełnienia stacjonującego w Giżycku. Był st. szeregowym i sanitariuszem (noszowym). Pod koniec wojny walczył w Kurlandii, gdzie dostał się do sowieckiej niewoli.

Wracając do Elbląga w styczniu 1945 r.: Moja mama przywdziała wprawdzie swoje najlepsze futro, jednak my – dzieci byliśmy ubrani jak na „urlopową podróż”. Wynikało to z ogólnego przekonania, że za dwa tygodnie wrócimy znowu do Elbląga. Ruszyliśmy więc do miasta, gdyż mama powiedziała, że ma bilety na statek. Po jakimś czasie musieliśmy jednak zawrócić, ponieważ moja siostra stwierdziła iż jest jej za ciężko przedzierać się przez śnieżne zaspy z dużą lalką! Mama zdumiała się bardzo, gdy zobaczyła w naszym mieszkaniu żołnierzy Wehrmachtu, którzy tłumaczyli się, iż zajęli to mieszkanie ponieważ wydawało im się już od długiego czasu niezamieszkanym. Przepraszali i mówili, że chcieli tutaj trochę odpocząć i nieco się ogrzać.

W tym momencie do mojej mamy dotarło, co się dzieje wokół nas, że Rosjanie stoją u bram miasta i musimy być przygotowani na trudy ucieczki. Zapakowaliśmy więc sporo prowiantu i odpowiednio się ubraliśmy. Na dworcu towarowym, naprzeciwko naszego domu, stał pociąg i dziesiątki ludzi przemieszczających się we wszystkie strony. Pociąg był przepełniony rannym żołnierzami i wnet stało się jasne, że dla nas nie ma w nim miejsca. Jednak ktoś podniósł mnie i wepchnął (dosłownie) na półkę bagażową! Ku mojej radości, wkrótce pojawiła się siostra i mama! Podczas każdego postoju pociągu, wyładowywano zmarłych żołnierzy, tym samym było więcej miejsca dla żyjących.

Później dowiedziałem się, że był to ostatni pociąg jaki opuścił Elbląg i przejechał przez, wysadzony wkrótce, most na Wiśle w Tczewie. Nasza podróż trwała dziesięć dni i zakończyła się w Berlinie”.
Wolfgang F. Rump napisał także iż warsztat krawiecki jego ojca przy ulicy Królewieckiej 54 spalili żołnierze Armii Czerwonej, ponieważ znaleźli w nim gotowe już uniformy wojskowe.
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama