Reklama

Zenon Małek: Czasami potrzebny jest 
porządny kopniak

08/05/2013 14:46

Gra może się nie układać, ale z każdego meczu trzeba wyjść z twarzą. Piłkarz schodząc do szatni musi wiedzieć, że dał z siebie wszystko, chociaż drużynie nie wyszło — mówi Zenon Małek, były piłkarz Olimpii Elbląg, Lechii Gdańsk, Wisły Kraków, który dołączył do sztabu szkoleniowego II-ligowej Concordii Elbląg.

Zenon Małek to były piłkarz m.in. Olimpii Elbląg, Lechii Gdańsk, Wisły Kraków. Rozegrał 117 meczów w ekstraklasie, strzelił w nich cztery bramki. Występował także za granicą, przez kilka lat w drużynach z Austrii. Ostatnio był związany z Nogatem Malbork. Teraz dołączył do sztabu szkoleniowego Concordii Elbląg. Z Zenonem Małkiem rozmawiał Arkadiusz Kolpert.

— Jak to się stało, że dołączył Pan do kadry szkoleniowej Concordii Elbląg?

— Przychodziłem, jako kibic, wcześniej na mecze Concordii i Olimpii. W końcu trochę czasu w Elblągu spędziłem i mam tutaj jeszcze znajomych, przyjaciół. Piłka nożna to moje życie. Do tej pory spędzałem czas na boisku jako piłkarz. Ktoś zauważył, że przyjeżdżam, zaczęły się rozmowy. Pracę zaproponował mi prezes Concordii. Jestem w klubie od miesiąca. Na początku pracowałem z grupami młodzieżowymi.

— Na ławce trenerskiej elbląskiej drużyny zadebiutował Pan w niedzielę. Przegraliście z Radomiakiem Radom 0:1.

— Jest mi przykro, że akurat w pierwszym występie, w którym pojawiłem się na ławce trenerskiej, rozegraliśmy najsłabszy mecz tej wiosny. Tego dnia nie byliśmy w stanie odmienić losów tego spotkania. Radomiak okazał się bardzo dobrze zorganizowanym, solidnym zespołem. W niedzielę przewyższał nas w każdym elemencie piłkarskim.

— Wszyscy zastanawiają się, gdzie jest ta waleczna Concordia z rundy jesiennej?

— Trudno powiedzieć. Za krótko jestem w klubie, żebym wypowiadał się w sprawie transferów, czy zmian trenerskich. Widziałem Concordię jesienią w kilku meczach i faktycznie ta drużyna miała przede wszystkim charakter. Może ci zawodnicy nie są piłkarsko wielcy, ale mieli chęci do grania, walczyli, zostawiali na boisku dużo serca i potu. Dzisiaj trudno mi ocenić, dlaczego ten zespół stał się mniej wyrazowy.

— Może chodzi o pieniądze?

— Nie wiem. Wiele lat spędzonych na Zachodzie nauczyło mnie pokory, żeby nie wsadzać nosa w sprawy, które nie należą do moich kompetencji. To jak zawodnicy dogadują się z prezesami, kto ile zarabia, to są indywidualne sprawy piłkarzy. Ktoś kiedyś powiedział sobie: tak, ja gram dla tego klubu i słowo powinno zostać dotrzymane. Gra może się nie układać, ale z każdego meczu trzeba wyjść z twarzą. Piłkarz schodząc do szatni musi wiedzieć, że dał z siebie wszystko, chociaż drużynie nie wyszło.

— Widzi Pan już jakie zmiany trzeba wprowadzić?

— Zmiany są potrzebne, ale nie chciałbym o nich mówić.


— Dzisiaj wygląda na to, że piłkarze Concordii pod względem kondycyjnym odstają wyraźnie od rywali.

— Może to tak wyglądać. Razem z trenerem Krzysztofem Machińskim będziemy szukali sposobów na poprawę postawy drużyny na boisku. Oczywiście tak, by czegoś jeszcze bardziej nie popsuć.

— Kiedy było łatwiej przebić się do tej wielkiej, w wydaniu krajowym, piłki, dzisiaj czy za Pana czasów?

— Wydaje mi się, że dzisiaj jest łatwiej. Wystarczy, że ci utalentowani strzelą jedną bramkę, ktoś zagra jeden dobry mecz, media zaraz to nagłośnią. Dzisiaj trenerzy promują zawodników.

— A co zadecydowało o tym, że Panu się udało?

— Potrzebne było trochę pokory, trzeba było dostać także porządnego kopa, by zrozumieć po co się przychodzi na treningi. Po to, żeby grać w piłkę czy tylko żeby spędzić czas i w końcu zostać odstrzelonym. Dużo mi pomogli starsi zawodnicy z Lechii Gdańsk. Od nich można było się uczyć. Ale też i prasa... Pamiętam redaktora Dymczaka. W dużym artykule napisał wprost o mnie i Jacku Burkhardzie, że ci chłopcy niech się zastanowią czy w ogóle chcą uprawiać sport. Bo jak nie chcą, to niech zostaną w domu i nie pałętają się po boisku. Od tamtej pory wiedziałem, że piłka nożna jest dla mnie najważniejsza, że zrobię wszystko, żeby zaistnieć. I udowodnić kibicom, którzy we mnie nie wierzyli, a słyszałem z ich strony różne epitety, że można z Elbląga trafić do I ligi. I udało się. Ktoś musiał także na mnie postawić. Tak się złożyło, że był to trener Wojciech Łazarek. Najpierw szukał stopera do Lecha Poznań. Ostatecznie okazało się, że tam nie potrzebowali zawodnika na tę pozycję. Trafiłem do Lechii Gdańsk.

— Który okres najmilej Pan wspomina?

— Pobyt w Wiśle Kraków. Piękno miasto, słynny stadion i kibice na Reymonta. Kiedy trafiłem do Krakowa Wisła była w II lidze, a mimo wszystko było tam jeszcze siedmiu kadrowiczów, bardzo dobre nazwiska, chociaż może już nie na wielkiej fali, ale wciąż wspaniali piłkarze. Powrót do I ligi trwał trzy lata, udało się. Nie mieliśmy wielkich nazwisk, ale mieliśmy drużynę z charakterem. Ściągało się zawodników z II, III ligi i u nas się aklimatyzowali: Tomek Dziubiński, Kaziu Moskal, Tomek Kulawik. Budowaliśmy zespół, robiliśmy postępy. Była dyscyplina i porządek i to były podstawy do sukcesu. Dzisiaj piłkarze mają takie cieplarniane warunki.

— Boli pewnie Pana to, co dzisiaj dzieje się z Wisłą.

— Wciąż jej kibicuję. Boli to, co się dzieje. Szkoda, że to akurat trafiło na Tomka Kulawika. Ale przy tych działaczach, przy tych ludziach - nie możemy spodziewać się czegoś więcej. Nieraz krytykowałem ich za złe posunięcia transferowe, ściąganie słabych zawodników, przereklamowanych, przepłacanych.. Bez sensu, bez logiki.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama