Reklama

Zeznania matki Szymonka rzucają cień podejrzenia na Tomasza M.

21/06/2012 17:06

Matka półtorarocznego Szymonka nie mogła powstrzymać łez wspominając wydarzenia z 29 grudnia 2008 roku. To wtedy zmarł jej synek. Drobna blondynka, z wpiętymi we włosy różowymi spinkami, szlochając co chwilę uderzała kajdankami o drewniany pulpit, przy którym składała zeznania. Na rozprawę, która ma wyjaśnić okoliczności śmierci jej dziecka, została dowieziona z zakładu karnego. Odbywa karę za handel narkotykami.

Elbląski sąd po dwóch apelacjach (najpierw prokuratury, później obrońcy Tomasza M.) po raz trzeci zajmuję się sprawą śmierci dziecka. Wydaje się, że w takiej sytuacji ciężko o znalezienie nowych poszlak, które mogłyby przemawiać za wersją prokuratury, że malec został pobity. Sędzia Rafał Matusiak zwrócił jednak uwagę na fakt, który do tej pory nie przewijał się w śledztwie.

Zdaniem prokuratury oskarżony mężczyzna, były chłopak Marietty, uderzył dziecko w brzuch. Cios spowodował pęknięcie wątroby, uszkodzenie serca, nerek i krwotok wewnętrzny. Tomasz M. twierdzi z kolei, że te obrażenia powstały przypadkowo. W trakcie karmienia chłopca, miał się potknąć o leżącą na podłodze zabawke, upuścić dziecko na podłogę, a przewracając oprzeć rękę o jego brzuch.

— W pokoju Szymonka leżały panele podłogowe, na nich niewielki, okrągły dywan przy łóżeczku. Nie przykrywał całej podłogi — zeznawała matka chłopca. Oskarżony sprostował później tę wypowiedź, jego zdaniem dywanik leżał na środku pokoju.
— Więc akustyka była dobra? — dopytywał sędzia Rafał Matusiak.

— Tak. Gdyby Tomek upadł z dzieckiem na podłogę, na pewno bym to usłyszała, a Szymonek by płakał — mówiła Marietta. — A ja nie słyszałam żadnego innego dźwięku poza głosem dziecka i szuranie fotela. Nigdy nie widziałam Tomka, aby karmił mojego syna trzymając go na rękach i chodząc po pokoju. Siadał w fotelu.

Według Marietta W. jakieś pojedyncze zabawki mogły leżeć na podłodze dziecinnego pokoju, choć jej synek bawił się głównie w dużym pokoju.

— A gdyby na podłogę upadła butelka dziecka, to mleko pochlapałoby podłogę? — pytał sędzia. 
— Tak. Dziecko piło gęste mleko, a smoczek miał dość dużą dziurkę. Ja nie zauważyłam, aby panele były pochlapane — zeznała matka.

W październiku 2008 roku Szymonek doznał złamania łokcia (wcześniej Tomasz M. się z nim bawił), miesiąc później pęknięcia kostki (oskarżony zeznał, że chłopiec źle stanął). Lekarz badający chłopca stwierdził, że dziecko jest żywe i takie rzeczy się zdarzają.

— Nigdy nie zauważyłam, aby oskarżony uderzył Szymonka, nie miałam podstaw myśleć, że te urazy to jego wina — stwierdziła Marietta. — Poza tym synek nie bał się Tomasza.

Kobieta nie zauważyła nic dziwnego w zachowaniu swojego chłopaka. Poza jednym:

— W dniu tej tragedii bardzo zdziwiło mnie, że Tomek raptem (około godz. 9, po karmieniu dziecka-red.) zaczął się spieszyć do fryzjera — zeznała. — Gdy spostrzegłam, że dziecko nie żyje, Tomek stał i palił papierosa za papierosem. Nigdy się tak nie zachowywał. Gdy spytałam go później, co się stało w trakcie karmienia, nic nie powiedział o upadku.
Rafał Maliszewski

Co się stało w pokoju dziecka?
Odpowiedź na to pytanie zna jedynie Tomasz M. Czy rzeczywiście uderzył dziecko, czy był to wypadek. Podczas pierwszego procesu sąd nie zdołał tego jednoznacznie rozstrzygnąć. Tomasza M. skazano na dwa lata więzienia. Odwołanie złożyła prokuratura. Druga rozprawa zakończyła się wyrokiem 7 lat i 8 miesięcy. Sąd uzna oskarżonego winnym pobicia dziecka. Wtedy skuteczną apelację złożył obrońca oskarżonego.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama