Reklama

Zwiedza świat bez nóg. Podróżnik Artur Labudda

25/08/2012 13:30

Pływa kajakiem, nurkuje, chodzi po górach. Samotnie na quadzie objechał Polskę wzdłuż jej granic, a wcześniej UAZ-em wybrał się na Syberię. Kajakiem pokonał siedem polskich rzek. Co w tym dziwnego? 37-letniemu Arturowi Labuddzie nie przeszkadza to, że jako dziecko stracił obie nogi w wypadku kolejowym.





Ponad 20 lat temu Artur stracił obie nogi w wypadku kolejowym. Od tego czasu porusza się na wózku inwalidzkim i jak mówi, chce pokazać innym niepełnosprawnym, że kalectwo nie przeszkadza w realizacji marzeń. W 2003 r. wybrał się na Syberię radzieckim UAZ-em 452. W 2010 r. wyruszył qadem w samotną, dwumiesięczną podróż wzdłuż granic Polski. Jest nurkiem, ma patent sternika motorowodnego. Był zawodnikiem kadry Polski i kilkakrotnym medalistą mistrzostw Polski w podnoszeniu ciężarów osób niepełnosprawnych. W 2011 r. podchwycił pomysł swojego przyjaciela i towarzysza z wyprawy na Syberię Roberta Paseckiego, by przepłynąć kajakiem Polskę w poprzek: od Bieszczad do Świnoujścia. 



Samowystarczalność była żelazną regułą tej wyprawy. Artur i Robert zejść na ląd mogli jedynie, by uzupełnić zapas wody oraz na nocleg. Na kajak musieli załadować żywność na całą podróż, namioty, śpiwory, ubrania oraz sprzęt. Musiał się na nim zmieścić również wózek Artura. Podróż rozpoczęli więc od poszukiwania kajaka, który sprostałby takiemu zadaniu. 
— Po przetestowaniu różnych, nasz wybór padł na rodzinny, trzyosobowy gigantyczny, bo mierzący aż 6,30 metra kajak. W miejscu przeznaczonym dla dziecka podróżował mój wózek. Pakowanie rzeczy trwało kilka godzin — opowiada Artur. 
Wystartowali 13 czerwca, wodując na Sanie. Miejsce startu ciut różniło się od tego, które zaplanowali. 


— Dziennie pokonywaliśmy średnio 50 kilometrów. To równało się ośmiu godzinom wiosłowania. Czasem wkradała się nuda i wtedy składaliśmy.... samochód. Części łowiliśmy w Sanie. Zderzak, błotnik, koła - złożyliśmy prawie cały. W rzece można wyłowić dosłownie wszystko. A na pewno można wyposażyć swoją łazienkę - szafki, umywalka, sedes. Na drodze naszego kajaka, na środku Sanu stanęła także wersalka — śmieje się Artur.



Jednak większość spędzonych na wodzie dni było okupionych dużym wysiłkiem. 

— Wiele razy Robert musiał na linie ciągnąć kajak przez 20 czy 30 metrów mielizny, a w nim mnie i cały nasz sprzęt. Tak niski był poziom wody. Na progu zwalniającym na Sanie, czekała nas długa, bo aż kilometrowa przenoska (przeprowadzenie kajaka po lądzie-red.). Długo zastanawialiśmy się, jak najprościej technicznie ją rozwiązać. W końcu postanowiliśmy wymontować siedzenie z mojego wózka i przewieźć na nim kajak. Czasem musieliśmy kajak spuszczać z uskoków na linie. Tak było w okolicach Jarosławia, gdzie w ten sposób pokonaliśmy półtorametrowy spad na Sanie — opowiada Artur. 


Zdarzało się, że złą pogodę musieli przeczekać na brzegu. 

— Na Sanie dostaliśmy bardzo silny wiatr od czoła. Utworzyły się półmetrowe fale. Wiosłowaliśmy z całych sił, a nasz GPS pokazywał, że stoimy w miejscu, potem że się cofamy. Przyroda okazała się silniejsza. Dobiliśmy do brzegu i kilka godzin czekaliśmy aż wiatr się uspokoi — mówi Artur. 
Spali tam, gdzie danego dnia skończyli wiosłowanie, zwyczajnie, na brzegu rzeki. Czasem korzystali z gościnności spotkanych na trasie osób.

Nocleg na wyspie przy twierdzy Modlin o mały włos nie stał się ostatnim w tej podróży. 

— Wstaję rano i patrzę z przerażeniem, że kajaka nie ma. Pierwsza myśl, że ktoś go ukradł. Ale jak - zastanawiamy się, przecież to odludna wyspa. Robert obiegł ja dookoła. Kajaka nigdzie nie ma. Przez trzy godziny krzyczeliśmy w kierunku przepływających w oddali rybaków. Żaden nie usłyszał. Aż wpadłem na pomysł, by rzucać w nich kamieniami. Jeden celnie trafiony pan podpłynął do nas, by nas opierdzielić. Skończyło się na tym, ze zabrał nas na swoją łódkę i razem szukaliśmy kajaka. Okazało się, że w górze Narwii popadał deszcz i poziom wody się podniósł. A my przyzwyczajeni do mielizny przestaliśmy zabezpieczać kajak. I tak wybrał się on w czterokilometrową podróż bez nas — wspomina Artur. 
Gdy wpływali na metę w Świnoujściu na ich liczniku było 1310 kilometrów. 



Artur Labudda był gościem spotkania podróżników w Milejewku. Pustynia Gobi i wyprawa qadem wokół Bałtyku - to najnowsze jego plany

Anna Dawid
[gallery=4]34658[/gallery]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama