Reklama

Życie teatralne dawnego Elbląga

05/02/2016 10:12

We wrześniu tego roku minie 480 lat od pierwszej i udokumentowanej źródłowo, inscenizacji teatralnej, która miała miejsce w renomowanym Gimnazjum Elbląskim. To ważny jubileusz, tak jak ważny był i jest teatr w życiu kulturalnym mieszkańców miasta.

W tych styczniowych i lutowych dniach mija 71 lat od zakończenia ciężkich i tragicznych walk o Elbląg. W czasie tych bojów ich ofiarą padł między innymi budynek miejscowego teatru, który w 1945 r. miał prawie 100 lat. Znaczenie teatru dla dawnych elblążan było niepodważalne. Dzisiaj możemy żyć w cieniu jego historii, próbować jej sprostać, ale też możemy budować na jej fundamentach autentyczną, dotykającą współczesnego widza sztukę, która pozwala nam zrozumieć zapatrywania kulturalne dawnych mieszkańców tego dumnego miasta. Przypatrzmy się więc w olbrzymim skrócie, jak ten teatr funkcjonował w ostatnich, zresztą bardzo trudnych, latach swojej działalności. I jak zwykle w takich sytuacjach, wspomnienia autentycznych świadków są tu bezcenne. [piano] Dawny elblążanin – Hans Preuß (ur. 1930) wspomina: „Gdyby wszystko dobrze poszło, nasz Teatr Miejski świętowałby w 1996 r. swoje dumne 150-lecie. Niestety, nie przetrwał wojny i obrócił się w gruzy i popiół. Niektórzy aktorzy zginęli na wojnie, innych zastrzelono lub zmarli. Jakby nie było – smutny koniec. W tamtych dawnych „dobrych czasach” nie było telewizji, raczkowało dopiero kino, podobnie jak „radio parowe” ze swymi słuchawkami na uszy, detektorami, szpulami – późniejsze „Volksradio” zwane nieprzypadkowo „Joseph-radio”. Tak, radio miało coraz więcej słuchaczy, ale wizyta w „Elbląskiej Świątyni Muz” należała poniekąd do dobrego tonu. Świadczyła o wykształceniu i kulturze, a „w towarzystwie” można było swobodnie o tym porozmawiać, jak również poplotkować - zwłaszcza o prywatnej sferze śpiewaków i aktorów teatralnych „kto z kim, gdzie i kiedy”. Te sprawy dla naszych rodziców i dziadków były tak oczywiste, jak dzisiaj tzw. prasa bulwarowa, tabloidy, które ciągle pokazują szczegóły z życia gwiazd, z „czerwonego dywanu” lub tych stojących „na rampie w świetle jupiterów”.
W latach mojego dzieciństwa akurat w USA „urodziła się” myszka Miki i opanowała nasze makatki w takim samym stopniu, jak bohaterowie filmu Pat i Pataszon oraz Shirley Temple. To byli nasi faworyci. Wystarczyło zebrać parę dziesiątaków (Dittchen) i pójść do kina „Tonspiel”, zwanego popularnie Pchlim Pudłem i obejrzeć to i owo. Ale przecież powoli byliśmy zaznajamiani też z życiem teatralnym.

To musiało być w sezonie 1936/1937, gdy po raz pierwszy przekroczyłem próg teatru. Grano wtedy znaną baśń "Wyprawa Piotrusia na Księżyc", na podstawie powieści Gerdta von Bassewitza. Dla nas ówczesne strzelanie z armat do księżyca jawiło się, jak obecnie kosmos. Tak więc, zostałem oddany pod opiekę kuzynki, której ciotka pracowała w magistracie i zafundowała bilet wstępu. Gdy już siedzieliśmy na widowni, a duży żyrandol z wieloma żarówkami zaczął powoli gasnąć, czego w naszych lampach nie znaliśmy, zewsząd rozległo się „oh! i ah!”. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, pośrodku, a więc całkiem „feudalnie”. Niestety, moja kuzynka była z natury bardzo bojaźliwa. Gdy na scenie pojawiła się czarownica, uciekła do tyłu i schowała się za balustradą. Mimo wielu namów i perswazji, już do końca spektaklu nie wróciła na swoje miejsce, a w scenach „strasznych” zamykała po prostu oczy. Teraz dochodzimy do dwóch epizodów, które sam przeżyłem i które dzisiaj mile wspominam.

Otóż obsada opery „Madame Butterfly” G. Pucciniego składała się z bardzo zgrabnej Cho-Cho-San, Butterfly i dziarskiego podporucznika marynarki Linkertona. A ta nasza mała Butterfly była o przynajmniej dwie głowy niższa niż jej kochanek. Potem, wskutek choroby, trzeba było obsadę zmienić – o zgrozo! Proporcje dokładnie na odwrót. Mały wątły Linkerton stanął teraz przed istną postacią rodzaju Brunhildy [korpulentną matrona – L. S.], która na scenie wyglądała jak kirasjer [w elbląskim dialekcie – grubas, L. S.] Widownia uśmiechała się spokojnie, gdy nagle ktoś na trzecim balkonie zrobił uwagę, po której widownia wybuchła głośnym śmiechem i niemal trzeba było opuścić kurtynę. Bo oto jeden z naszych ziomków zawołał w dialekcie: „Mannche, paß, das de der Kürassier nech erdrickt, dein Schmmetterling es joa e ganz scheener Brummer!” - „Człowiecze, uważaj, aby ten kirasjer (grubas) cię nie zmiażdżył, bo ten twój motylek to prawdziwe motylisko!”

Drugie zdarzenie rozegrało się pod koniec elbląskiego życia teatralnego, kiedy to już siły rezerwowe były przetrzebione, a bohaterów na front dosłownie „kradziono” i nie pomagały nawet zastrzeżenia UK (niepowoływany do wojska). Grano "Wolnego strzelca" wg Webera. Dla aktorki Agaty, która była wysoko w ciąży, nie było zastępstwa. W tej sytuacji musiała grać swoją rolę do końca. Publiczność przypuszczała iż za kulisami, w miejscu gdzie zawsze był strażak, czekała w pogotowiu położna. Wprawdzie mogła jeszcze stać, ale na wszelki wypadek na scenie postawiono krzesło. Gdy w pewnym momencie zaśpiewano „Wyplatamy ci panieński wieniec” – publiczność buchnęła salwą śmiechu i śmiechu tego nie można było powstrzymać podczas następnej sekwencji, a śmiano się od miejsc stojących na parkiecie po miejsca na trzecim balkonie. Recenzji na temat tego występu nie czytałem, ale „kronika towarzyska” z pewnością ten fakt uwzględniła.

Natomiast teatralny elektryk Willy Groß tak wspomina: „Pewnego pięknego dnia wystawiano w Elblągu duże widowisko, myślę że to był "Ryszard III" wg W. Szekspira. W jednej ze scen padają znane słowa: „Konia, konia! – królestwo za konia!” A tu nagle z trzeciego balkonu zwanego „Lożą byków” (Bullerloge) ktoś w dialekcie elbląskim: „Na, Mannche, kann es oach e Esel sein?” – czyli: Hej, człowieczku, a może być osioł? – „oczywiście” odpowiedział aktor spontanicznie i przy wtórze śmiechu całej widowni dodał: „Jak masz czas, to zejdź spokojnie niżej, na scenę! – Inne zdarzenie. Pewnego razu do Elbląga przyjechał furmanką pewien drobny posiadacz ziemski. Bilet miał już wprawdzie kupiony, ale do rozpoczęcia spektaklu było jeszcze prawie godzinę. Gospodarz nie wiele myśląc udał się do „Sieczkarni” – lokalu położonego na rogu Kuśnierskiej i Starego Rynku. Chciał co nieco przekąsić i wypić – no, ze dwie zbożówki i piweczko by się „nie rozeschnąć”.

Po tym „wzmocnieniu” udał się z powrotem do teatru. Ale przedstawienie już się zaczęło, światła zgasły, orkiestra grała uwerturę. Zajął miejsce, ale wkrótce poczuł „potrzebę” - wypite piwko dało o sobie znać. Nie chciał jednak wyjść w środku muzyki, by przeszkadzać innym. Ciśnienie w pęcherzu stawało się jednak nie do zniesienia, i chcąc nie chcąc, zaczął sikać w ciemności na dół, przez balustradę! Miał szczęście, że na dole siedział pewien spokojny „elbląski oryginał” (Aelbinger Jemiet), który odezwał się w dialekcie: „Hej, człowieku! – żużluj też na innych a nie wszystko na jednego!” (Mannche! Schlacker moal eh Fritzchen, nicht alles auf einem!)… Można powiedzieć, iż niektóre widowiska na elbląskiej scenie miały już dawno interaktywny charakter.

A jaki był koniec tego teatru? Elektryk W. Groß wspomina: „I wreszcie przyszło wielkie - wyłączyć! Było to w drugiej połowie sierpnia 1944 r. Zebrano wszystkich i powiadomiono o zamknięciu, skierowano do innych zadań. Jakie to były zadania, można sobie wyobrazić. Byliśmy mocno przygnębieni, ale mimo tego postanowiliśmy zrobić duży, pożegnalny występ, na co dostaliśmy zezwolenie. Zaplanowano efektowny „kolorowy wieczór”. Z oper i operetek wyszukano najpiękniejsze arie i melodie, z dramatów wybrano najbardziej znane wersy i powiedzenia. Balet ćwiczył szczególne tańce a chór wielkie melodie.

Orkiestra przygotowała różnorakie dzieła. Kilka krótkich prób, oświetlenie sceny i można było zaczynać. Tego wieczoru nigdy nie zapomnę. Bilety do teatru zostały doszczętnie wyprzedane. To był piękny wieczór, tryskający humorem, chociaż zdawaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji. Był to najdłuższy występ, jaki do tej pory obsługiwałem. Aplauzy i wiwaty nie miały końca. Wszyscy aktorzy i aktorki stojący na scenie mieli świadomość, że długo w tym samym gronie już się nie spotkamy. Tak żegnaliśmy się z elbląską publicznością. Nim opadła ostatnia kurtyna, nim zgasło ostatnie światło, dużo, naprawdę dużo łez poleciało po naszych twarzach…
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama