Reklama

Żyję dla sportu. Wiem, że nie jestem sama



29/03/2013 10:50

Swoją przygodę z bieganiem rozpoczęła sześć lat temu. Bakcylem sportu zaraził ją życiowy partner. — Przebiegnięcie kilometra było dla mnie w tamtym okresie cięższe niż dzisiaj maratonu — mówi Beata Nienadowska. Dzisiaj ma za sobą udział w 28 maratonach i ultramaratonie w Bieszczadach. Miesiąc temu wystartowała w maratonie w Tokio. Wróciła z niego z życiowym rekordem.

Niewielki pokój na ostatnim piętrze elbląskiej komendy policji. Na ścianach błyszczą medale, półki uginają się pod ciężarem pucharów. To trofea "wybiegane" przez ostatnich sześć lat. W tym pokoju Beata Nienadowska, zastępca naczelnika Wydziału do Walki z Przestępczością Przeciwko Mieniu, spędza osiem godzin dziennie. Gdy nie ściga przestępców, ściga się sama ze sobą. Wkłada sportowy strój i biega. Najchętniej po Bażantarni.



Maraton na czterdziestkę

Bieganiem zafascynował ją jej życiowy partner.

— On całe życie coś tam trenował. Biegał maratony. To mój pierwszy i jedyny trener. Ale nie słucham go — śmieje się. 
Swoją przygodę z bieganiem rozpoczęła w 2006 roku.
Gdy pytam ją o tamte czasy, zamyśla się z sentymentem. 

— Przebiegnięcie jednego kilometra było dla mnie w tamtym okresie cięższe niż dzisiaj maratonu — mówi. 

Po dwóch latach treningów przyszedł czas, by sprawdzić się na dłuższych dystansach.

— Wpadłam na pomysł, by swoje 40 urodziny uczcić udziałem w maratonie. To dla ciebie za ciężkie - usłyszałam wtedy od mojego partnera — wspomina Beata. 

Po tych słowach przysłowiowa klamka zapadła.

— One mnie zdopingowały. I mało tego, nie wybrałam biegu byle jakiego. Były to mistrzostwa Polski, z limitem pięciu godzin na ukończenie maratonu. To jeden z nielicznych maratonów, gdzie limit jest tak krótki. Poszło mi całkiem dobrze. Finiszowałam z czasem poniżej czterech godzin — mówi Beata.


Od tamtej pory Beata Nienadowska przebiegła wiele kilometrów. Zmierzyła się m.in. z „Biegiem Rzeźnika”. To mordercze 80 kilometrów, które trzeba pokonać bieszczadzkimi szlakami. Osiąga coraz lepsze wyniki, wśród biegaczy zwane „życiówkami”. 
— Trenuję sześć razy w tygodniu i średnio przebiegam 15 kilometrów. W ciągu tygodnia jest to 12, 13, w niedzielę 20 kilometrów. Raz w roku na trzy tygodnie przerywam treningi. Organizm musi się zregenerować. I wtedy... za bieganiem tęsknię, bo się od niego uzależniłam — mówi Beata



Tokio okiem sportowca

Hasło "Żyję dla sportu, wiem że nie jestem sama" - wymyślone przez Beatę Nienadowską - zwyciężyło w konkursie firmy ASICS. Nagrodą był udział w siódmej edycji Tokyo Marathon 2013, w jednym z sześciu największych maratonów na świecie.

— Inspiracją dla hasła byli koledzy, biegacze. Biegając, nigdy nie jesteśmy sami, podczas treningu mam pewność, że kogoś spotkam — wyjaśnia. 


24 lutego na starcie Tokyo Marathon 2013 stanęło 40 tysięcy osób. Limit czasowy na pokonanie 42 kilometrów i 195 metrów wynosił 7 godzin. Około pięciu tysięcy osób nie podołało temu zadaniu. Beata Nienadowska tokijski maraton ukończyła z życiowym rekordem 3 godz. 28 minut i 58 sekund. 

— Biegło się fantastycznie. Chociaż przy tej ilości osób trzeba się w tłumie rozpychać łokciami i biec slalomem, by kogoś wyprzedzić. Dla mnie był to jeden z lżejszych maratonów. Jestem alergikiem i chociaż było bardzo zimno, to oceaniczny klimat Tokio mi służył. Startowało 7 tysięcy kobiet z całego świata. Ukończyłam bieg na 244 pozycji. W swojej kategorii wiekowej (40-50 lat - red.) byłam 37— mówi Beata.


Z Tokio Beata Nienadowska wróciła nie tylko z życiowym rekordem, ale i oczarowana Orientem. 
— Tokio zachwyca. Fascynują ludzie, kultura, architektura — mówi Beata Nienadowska. 


W Tokio spędziła kilka dni. Udało jej się obejrzeć m.in.: Cesarskie Ogrody, które były siedzibą shogunów, dzielnicę Asakusa, gdzie mieści się najstarsza tokijska świątynia Senso-ji oraz Nikko, jedno z najpiękniejszych miast w Japonii. 
— W Japonii znane jest powiedzenie: nie używaj słowa wspaniały, jeśli nie widziałeś Nikko. Miasto robi niesamowite wrażenie. W Nikko znajduje się wiele zabytków i obiektów atrakcyjnych dla turystów. Najcenniejszym jest kompleks chramów Nikko Tosho-gu, który został wzniesiony jako mauzolem ku czci pierwszego shoguna z rodu Tokugawa Ieyasu — wspomina Nienadowska.


Nas, Europejczyków fascynuje również mentalność mieszkańców Japonii.

— Wszystko jest takie poukładane, czyste, nawet drzewa rosną nie tak, jak chce natura, tylko kształtuje się je w geometryczne formy. W Tokio na pierwszy plan wysuwają się ład i porządek. Nie znajdziemy na ulicy papierka - nie dlatego, że jest zakaz zaśmiecania, lecz dlatego, że w mentalności Japończyka nie mieści się wyrzucenie go na ulicę — mówi. — Ale właśnie dzięki uporządkowanej mentalności Japończyków w tak wielkiej aglomeracji jest bardzo bezpiecznie. Szokiem dla mnie był ich system pracy. Zaczynają o godz. 8, kończą o godz. 20, z przerwą na południowy lunch i tak przez sześć dni w tygodniu. Mają w roku cztery dni urlopu i w dobrym tonie jest z niego zrezygnować.
Anna Dawid

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama