Reklama

Co dalej z PSL?

04/12/2025 11:28

PSL zerwało sojusz z partią Szymona Hołowni, a Władysław Kosiniak‑Kamysz zapowiedział samodzielny start ludowców w wyborach. To dobry moment na to, by przyjrzeć się historii, teraźniejszości i przyszłości tej partii w Polsce i na Warmii i Mazurach.

Przez lata Polskie Stronnictwo Ludowe było w polskiej polityce tym, czego wszyscy potrzebowali, a mało kto się przyznawał: partią środka, stabilizatorem, języczkiem u wagi. Dziś, gdy Władysław Kosiniak‑Kamysz ogłasza rozwód z Szymonem Hołownią i zapowiada samodzielne listy, wraca stare pytanie, czy PSL jest jeszcze ruchem chłopskim, czy już tylko sprawną maszyną do udziału we władzy.
I tak jak na Warmii i Mazurach często pada pytanie, czy w ogóle da się pogodzić pod jednym szyldem progresywną Urszulę Pasławską i konserwatywnego wojewodę Radosława Króla, tak jest ono zasadne także w skali całego kraju. Pytani o to działacze PSL mają jednak jedną odpowiedź: „My to robimy!”.

Rozwód z Hołownią – próba odzyskania tożsamości

Decyzja o samodzielnym starcie PSL w kolejnych wyborach to formalny finał małżeństwa z rozsądku, jakim była Trzecia Droga. Projekt dał ludowcom powrót do rządu, teki wicepremiera i ministra obrony dla Władysława Kosiniaka‑Kamysza, wpływ na rolnictwo i część polityki gospodarczej. Jednocześnie jednak coraz mocniej rozmywał markę PSL.

Reklama

Urszula Pasławska to dziś nowa szefowa ludowców na Warmii i Mazurach i jedna z głównych postaci młodszego pokolenia w PSL. Jest wiceprezesem ogólnopolskich struktur PSL i wiele wskazuje na to, że utrzyma swoją pozycję przy nowym wewnątrzpartyjnym rozdaniu Kosiniaka-Kamysza. I mówi wprost, że bez samodzielnego startu partia ryzykowałaby rozmycie i zanik. 

– Trzeba odbudować tożsamość Polskiego Stronnictwa Ludowego. To zadanie nowego pokolenia i dlatego kolejne wybory muszą być dla PSL tym momentem, kiedy startujemy sami – przekonuje w rozmowie z „Dziennikiem Elbląskim”.

Reklama

Kosiniak‑Kamysz, któremu jeszcze kilka lat temu wróżono, że będzie ostatnim prezesem PSL, dziś prowadzi ugrupowanie współtworzące rząd Donalda Tuska, a jednocześnie musi odpowiadać przed wiejskim elektoratem, zirytowanym Zielonym Ładem, importem żywności z Ukrainy i drogą energią. Decyzja o wyjściu z sojuszu z Polską 2050 jest więc podwójnym ruchem: próbą odzyskania własnej twarzy i testem, czy ludowcy są jeszcze w stanie samodzielnie wejść do Sejmu.

Stuletnia tradycja i ZSL‑owski cień

Oficjalnie PSL odwołuje się do ponadstuletniej tradycji ruchu ludowego, do Wincentego Witosa, Witolda Staniszkisa, do chłopskiego buntu przeciw sanacyjnej władzy. W tej opowieści dzisiejsi ludowcy są spadkobiercami Stronnictwa Ludowego założonego w 1895 roku i Polskiego Stronnictwa Ludowego, które współtworzyło rządy II Rzeczypospolitej.

Reklama

Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana. Współczesne PSL powstało 5 maja 1990 roku na Kongresie Jedności z połączenia postkomunistycznego PSL „Odrodzenie” (bezpośredniej sukcesorki Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, satelickiej partii PZPR) z tzw. wilanowskim PSL, nawiązującym do tradycji emigracyjnego ugrupowania Stanisława Mikołajczyka. Realnie silniejsze kadry, majątek i struktury wniosło ZSL, które przez dekady było pasem transmisyjnym władzy komunistycznej na wieś.

Stąd podwójna tożsamość dzisiejszych ludowców. Z jednej strony opowieść o chłopskim buncie, Witosie i „zielonej Polsce”, z drugiej pamięć, że wielu dzisiejszych lokalnych baronów PSL zaczynało kariery jeszcze w ZSL, a sama partia potrafiła odnaleźć się w niemal każdej koalicji. Poli­tyczni konkurenci ochrzcili ją złośliwie „partią obrotową” – formacją, która równie chętnie dogaduje się z lewicą, co i z liberalną centroprawicą.

Reklama

Nie oznacza to jednak, że w PSL brakowało ludzi przywiązanych do etosu dawnego ruchu ludowego. Symboliczną postacią tego nurtu jest Józef Zych – prawnik, wieloletni działacz ludowy, marszałek Sejmu w połowie lat 90., uchodzący za polityka dialogu i kompromisu. To on próbował łączyć pamięć o przedwojennym PSL z realiami polskiej demokracji po 1989 roku.

Nocna zmiana i narodziny partii obrotowej

Prawdziwy test dla odrodzonego PSL przyszedł w 1992 roku, podczas słynnej nocnej zmiany, utrwalonej później w filmie Jacka Kurskiego. To wtedy obalono rząd Jana Olszewskiego, a ludowcy znaleźli się w centrum politycznego targu o nową większość. Waldemar Pawlak – młody lider PSL, desygnowany przez prezydenta Lecha Wałęsę na premiera – miał w tej układance odegrać rolę języczka u wagi.

Reklama

Z tamtych wydarzeń pozostała scena, w której Pawlak pyta Wałęsę, czy cała operacja odsunięcia Olszewskiego nie jest „gangsterską rozgrywką”. Z jednej strony to sygnał, że ludowcy nie czują się komfortowo w brutalnej wojennej logice początku lat 90, a z drugiej fakt, że to właśnie PSL kilka miesięcy później weszło w koalicję z SLD, współtworząc rząd Pawlaka, a po nim gabinety Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza.

Od tamtej pory PSL współrządziło Polską w bardzo różnych konfiguracjach: z postkomunistyczną lewicą po 1993 roku, ponownie z SLD na początku lat 2000, a od 2007 do 2015 roku z Platformą Obywatelską w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Do tego dochodzą liczne koalicje w samorządach wojewódzkich, powiatowych i gminnych. Trudno się dziwić, że dla części komentatorów PSL stało się symbolem partii przystawki – zawsze przy władzy, rzadko ponoszącej pełną odpowiedzialność.

Reklama

Jednocześnie to właśnie ta umiejętność wchodzenia w różne układy pozwoliła ludowcom przetrwać wszystkie wstrząsy III RP: upadek AWS, wzlot i krach SLD czy erę dominacji PiS. PSL zyskało opinię mistrzów kuluarów – polityków świetnie znających lokalne układy, potrafiących twardo negocjować w gabinetach i jednocześnie uśmiechających się na dożynkach i strażackich festynach.

Między wsią a klasą średnią

Po 2015 roku ten model zaczął się jednak wyczerpywać. Prawo i Sprawiedliwość świadomie weszło na tradycyjne pole PSL, budując narrację o „dobrej zmianie na wsi”: 500+, dopłaty, programy drogowe, retoryka obrony „zwykłych Polaków” przed elitami z dużych miast. Wiejski elektorat, który przez lata był naturalnym zapleczem ludowców, zaczął przechodzić na stronę PiS.

Reklama

PSL próbowało odpowiedzieć, otwierając się na miejsko‑powiatową klasę średnią. Najpierw przez Koalicję Polską z Pawłem Kukizem, potem przez Trzecią Drogę z Szymonem Hołownią. Dziś część komentatorów widzi w PSL prawą flankę liberalno‑lewicowego obozu, formację, która ma łagodzić najbardziej radykalne pomysły w sprawach światopoglądowych, Zielonego Ładu czy polityki rolnej, a jednocześnie nie odpychać umiarkowanych wyborców z miasteczek.

– Reprezentujemy ludzi, którzy pracują, dlatego mocno zaciągnęliśmy hamulec, jeśli chodzi o Zielony Ład. Decyzja w sprawie umowy z Mercosurem to też było stop dla rozwiązań groźnych dla polskiego rolnika – podkreśla w rozmowie z nami Urszula Pasławska.

Reklama

Jednocześnie to właśnie wśród rolników i przedsiębiorców transportowych narasta bunt, z którego korzysta dziś Konfederacja – mocno obecna przy blokadach granicy i protestach przeciw napływowi ukraińskiego zboża. Na drugim biegunie PiS wciąż próbuje odbudować wpływy na wsi, grając na lękach przed Zielonym Ładem i „dyktatem Brukseli”. Pytanie, czy w takim kleszczowym uścisku starczy jeszcze miejsca na umiarkowane centrum, które chce jednocześnie bronić rolników i pozostać proeuropejskie.

Warmia i Mazury – laboratorium dwóch skrzydeł

Najlepiej widać te napięcia na Warmii i Mazurach. To region, w którym PSL – najpierw samo, potem w koalicjach – współrządzi od ponad ćwierć wieku. W sejmiku województwa ludowcy są dziś częścią układu rządzącego z Koalicją Obywatelską i Lewicą, a ich ludzie obsadzają kluczowe stanowiska w samorządzie i administracji.

Reklama

Niedawno wojewódzkie struktury PSL przeszły symboliczną zmianę. Urszula Pasławska zastąpiła na stanowisku prezesa Gustawa Marka Brzezina – senatora i byłego marszałka województwa, kojarzonego raczej z klasycznym, konserwatywnym nurtem ludowym. Pasławska od lat uchodzi za twarz progresywnego skrzydła PSL: brała udział w dyskusjach na Campusu Polska Przyszłości, jasno mówi o potrzebie zabezpieczenia prawnego także dla nieformalnych czy jednopłciowych związków i nie dystansuje się od postulatów LGBT.

– Dalej jesteśmy partią konserwatywną, w której jest miejsce na osobiste poglądy. Ale widzę w PSL zmianę poglądów z bardzo prawicowych na centrowe. Ja sama mam progresywne poglądy, a dla niektórych wręcz lewicowe, bo są wolnościowe – mówi posłanka.

Reklama

Na drugim biegunie tej samej partii jest wojewoda warmińsko‑mazurski Radosław Król – również z PSL. Obecny na uroczystościach intronizacji Chrystusa Króla w Olsztynie, publicznie protestujący przeciwko plakatowi Teatru Jaracza, który wielu katolików uznało za obrażający Matkę Bożą, buduje wizerunek ludowca mocno zakorzenionego w religijnej tradycji.

Tak wygląda PSL w mikroskali: partia, w której progresywna liderka regionu współistnieje z konserwatywnym wojewodą. Tylko jak długo da się ten świat utrzymać pod jednym szyldem? I czy jest to możliwe?

Nurtów więcej niż skrzydeł

W samej partii ścierają się co najmniej trzy logiki. Pierwsza to tradycyjny nurt chłopsko‑samorządowy, którego twarzami byli przez lata m.in. Waldemar Pawlak czy właśnie Gustaw Marek Brzezin: przywiązanie do Kościoła, gminnej wspólnoty, lokalnych spółdzielni, OSP i kół gospodyń wiejskich. Druga to nurt progresywno‑miejski, reprezentowany przez Urszulę Pasławską i część młodszych posłów: bardziej otwarty na postulaty liberalne w sprawach światopoglądowych, szukający wyborców w miasteczkach i średnich miastach. Trzecia to nurt technokratyczny – ludowcy, którzy robią kariery w administracji, agencjach rolnych czy samorządowych spółkach.

Ta wewnętrzna mozaika nie jest zresztą niczym nowym. Już w latach 90. na prawicy marzono o bloku ludowo‑narodowym, który połączyłby chłopskie zaplecze PSL z narodowo‑konserwatywnymi środowiskami. Równolegle działały inne ugrupowania odwołujące się do tradycji ruchu ludowego: od niewielkich partii wywodzących się z dawnego, mikołajczykowskiego PSL po regionalne inicjatywy. Ostatecznie jednak to dzisiejsze PSL okazało się jedynym trwałym spadkobiercą ruchu ludowego na ogólnopolskim poziomie.

Złośliwi komentatorzy lubią powtarzać, że PSL zawsze spada na cztery łapy i potrafi obrócić się tak, by znów być potrzebnym partnerem koalicyjnym. Tyle że w czasach polaryzacji między PiS a anty‑PiS, między radykalną lewicą a skrajną prawicą, taka elastyczność może przestać wystarczać.

Co dalej z PSL?

Sama Urszula Pasławska nie udaje, że odpowiedź jest prosta. – Nie ma dziś jednej, gotowej recepty. Trzeba dać z siebie tysiąc procent, pracować w terenie i pokazać, że jesteśmy partią zdrowego rozsądku, a nie kolejnej wojny polsko‑polskiej – mówi.

Przyszłość ludowców zależy od kilku pytań, na które odpowiedzi nie da się już odłożyć. Czy PSL zdoła odbić choć część wiejskiego elektoratu PiS i zatrzymać odpływ najbardziej sfrustrowanych wyborców w stronę Konfederacji? Czy uda się pogodzić progresywne skrzydło z konserwatywną bazą, nie rozrywając partii na dwie formacje? I wreszcie czy w polskiej polityce jest jeszcze miejsce na ugrupowanie, które zamiast krzyczeć o rewolucji, proponuje cierpliwy, konsensualny kompromis?

Samodzielny start PSL w kolejnych wyborach będzie więc czymś więcej niż zwykłym ruchem taktycznym. To plebiscyt nad całym modelem polityki, który ludowcy uprawiali przez ostatnie trzy dekady: między Witosem a ZSL, między obrazem strażaka w mundurze a wizerunkiem partii obrotowej. Jeśli go przegrają, polska scena może na długo stracić jedyną partię, która naprawdę wyrasta z polskiej wsi. Jeśli wygrają – to nie tylko dlatego, że znów znaleźli się w środku, ale dlatego, że przekonali wyborców, iż to środek jest dziś najbardziej potrzebny.

Jan Berdycki

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 04/12/2025 11:34
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama