Reklama

Na praktykach u kupca Kuscha z ul. Giermków

10/06/2016 20:24

Gastronomia w przedwojennym Elblągu była mocno rozbudowana i prawie przy każdej ulicy znajdował się jakiś lokal, zwłaszcza na Starym i Nowym Mieście. W sezonie turystycznym wielu kelnerów, posługaczek kuchennych, sprzedawców i innych podejmowało sezonową pracę w Krynicy Morskiej.

Dzisiejsza ulicy Giermków niczym szczególnym się nie wyróżnia, ponieważ jej dawna zabudowa została doszczętnie zniszczona w czasie wojny, a pozostałości rozebrano. A przecież dawniej życie przy tej ulicy miało zupełnie inny wymiar, o czym pisano już na tych łamach. Przy ulicy było kilka małych lokali gastronomicznych. Jeden z nich znajdował się w hotelu „Pod Białym Lwem” (Zum weißen Löwen) przy Junkerstraße 61 (obecnie Giermków). Jego właścicielem był kupiec Eduard Kusch.

W latach 1932–1935 u kupca Kuscha pracował jako praktykant, subiekt – człowiek do wszystkiego, Walter Siebert. Ten okres swojej pracy tak wspominał w 1999 r.
„Gdy dzisiaj słyszę ciągle narzekania na pracę i słabą zapłatę, wracam myślami do mojej nauki kelnerskiej, którą odbywałem przed wojną w Elblągu, w hotelu „Pod Białym Lwem”. [piano] W tamtych czasach by do czegoś dojść i dawać sobie radę w życiu, należało przede wszystkim dobrze ukończyć szkołę powszechną. A gdy do tego miało się jeszcze dobrą kondycję fizyczną i nie było się wybrednym w ofertach pracy w różnych branżach – można było mówić o szczęściu. I aby nie „leżeć na ulicy” (jako bezrobotny) dużo kończących szkołę wolało „zimować” rok dłużej, by lepiej przyswoić program nauczania. Ja miałem szczęście. W ostatniej klasie mojej szkoły, Truso-Schule (dzisiaj Szkoła Podstawowa nr 4 przy ul. A. Mickiewicza - red.), miałem bardzo dobrego nauczyciela, Emila Krügera. Nauczył mnie nie tylko historii, ale gdy zacząłem poznawać podstawy kupiectwa, za jego radą, poszedłem na naukę jako pomoc do hotelu Eduarda Kuscha przy Junkerstraße. Takich jak ja nazywano wówczas wyniośle subiektem lub dowcipnie „poskramiaczem śledzi”.

Interes E. Kuscha był typowym dla mojego drogiego, rodzinnego miasta Elbląga. Na terenie należącym do E. Kuscha był więc sklep spożywczy, później z towarami kolonialnymi, po którego jednej stronie znajdował się hotel „Pod Białym Lwem”, a po drugiej stronie piwiarnia z miejscami stojącymi (pod łokciem) z mocną brzmiącą nazwą: „Pod Czarną Maciorą” (Zum Schwarzem Sau). Sklep kolonialny i ta piwiarnia stanowiły całość. Za nimi był dziedziniec, przy którym znajdowały się wozownie i boksy przeznaczone dla klientów z okolicznych i dalszych wsi, którzy przybywali tutaj konno. Piwiarnia i hotel były szczególnie oblegane przez chłopów przybywających do Elbląga z Pomorskiej Wsi. Porządku pilnował tutaj wszędobylski posługacz zwany popularnie, i podobnie jak w innych tego rodzaju przybytkach w Elblągu, „Friedrichem”. W obiektach należących do E. Kuscha ważną rolę spełniała destylarnia, gdzie na tak zwanej „zimnej drodze” wytwarzano spirytus. Ponadto były tutaj małe silosy, w których kiszono kapustę i ogórki. Na zapleczu przechowywano również piwo i wina (mozelskie) w beczkach, które częściowo rozlewano do butelek. Firma E. Kuscha prowadziła także własną palarnię kawy. A przecież niedaleko stąd znajdowała się znana w Elblągu firma Wilhelma Kümpela, która sprzedawaną przez siebie kawę reklamowała na opakowaniach hasłem „Koneserzy kupują kawę u Kümpela”(Kenner kaufen Kümpels Kaffee). Firma ta była dla nas dużą konkurencją. Ale dawaliśmy sobie radę i w tym miejscu można sobie wyobrazić jak wielokierunkową działalność prowadziła firma E. Kuscha, w której początkujący, uczniowie mieli naprawdę co robić.

A czas pracy ? – Ho, ho, ho ! – Praktykant, uczeń i inny początkujący w tej firmie musiał jako pierwszy zaczynać pracę i jako ostatni ją kończyć. Sklep otwierano o godz. 7 rano, a zamykano o 19. Hotel pracował oczywiście na okrągło. Raz w tygodniu kierowano mnie do pomocy w hotelu, ponieważ barman hotelowy miał wtedy wolne, a dodatkowo miał wolne raz na 14 dni w niedzielne przedpołudnie. A zarobki? Trudno o nich mówić, bowiem w ogóle ich nie było. To były czasy inflacji i światowego kryzysu. Praktykant, początkujący zatrudniany był tutaj za jedzenie i spanie.

Dyscyplina była również sroga – o godz. 22 każdy musiał być już w łóżku. Byłem przez cały dzień i nawet w nocy „pod czujnym okiem” szefa. Maja praktyka trwała tutaj dwa i pół roku, a raz w tygodniku musiałem uczęszczać na zajęcia do szkoły handlowej, która znajdowała się przy Kalkscheunstraße (Wapienna). Tam moim nauczycielem był Albert Reiter, któremu zawdzięczam bardzo dużo. To były moje praktykanckie, szczenięce lata, a o czasach „pańskich” mogłem sobie wówczas tylko pomarzyć”.
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama