Reklama

Niezwykła historia maleńkiej wsi Śliwica

20/04/2018 14:37

Ta mała, nieco zapomniana wieś w dzisiejszej gminie Rychliki, położona jest w pobliżu Kanału Elbląskiego i pochylni w Kątach. Kiedyś funkcjonował tutaj majątek ziemski, a po wojnie zaczęli gospodarzyć polscy osadnicy przybyli z okolic Warszawy.

Przybysze z „centrali” dla własnego użytku przetłumaczyli drugi człon niemieckiej nazwy tej wsi „Nahmgeist” i w ten sposób powstała nazwa „Duchowo”, popularnie używana przez wiele lat, chociaż od 1948 r. wprowadzono urzędową nazwę Śliwica.
Pierwsze dane dotyczące tej wsi pochodzą z ksiąg czynszowych Zakonu Krzyżackiego, ale trudno jest ustalić dokładną datę jej lokacji. Mogło to być prawdopodobnie w pierwszej połowie XIV wieku. Dopiero z 1427 r. pochodzi informacja, że jeden „wolny Prus” ma tu 28 łanów ziemi, a w 1448 r. gospodarzą dwaj wolni Prusowie: Stybur i Gabriel. Później powstał tutaj majątek rycerski należący między innymi do rodu von Lewaldt, von Bochsen, a następnie wszedł w skład domen królewskich.

Polacy zaznaczyli w tej wsi swój pierwszy pobyt niezbyt chlubnie. Otóż podczas I wojny polsko-szwedzkiej, 1 lutego 1626 r. polska kompania z wojsk stacjonujących pod Pasłękiem niemiłosiernie złupiła Śliwicę, podobnie jak wiele okolicznych wsi.
Ze Śliwicą i okresem napoleońskim wiąże się pewna legenda, zarejestrowana w 1913 r. w Centralnym Archiwum Podań Ludowych w Królewcu:

Na cmentarzu w Śliwicy znajduje się stara, mocno pochylona wierzba. Gdy zimą 1812 r. resztki napoleońskiej „Wielkiej Armii” wracały przez Prusy Wschodnie, mały oddział przybył do Śliwicy. Zmarł tu jeden z dwóch braci - oficerów i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Nagle oddział francuski został zaatakowany przez nieprzyjacielską konnicę i zmuszony do ucieczki. Brat zmarłego stwierdził, że nie przystroił w żaden sposób grobu, więc szybko wsadził do ziemi gałązkę wierzby. Z czasem wyrosła tu „płacząca wierzba okalająca mogiłę”. Cmentarz ten znajduje się po prawej stronie, przy wylocie ze wsi w kierunku pochylni w Kątach.
Ciekawe rzeczy zaczęły dziać się w Śliwicy od około 1870 r., gdy w tutejszych dobrach stanowiących domenę królewską zaczął gospodarzyć niejaki por. Rudolf Wichmann. Jego ojciec był znanym rzeźbiarzem, a brat dyrektorem filharmonii w Lipsku. Natomiast jego żona Wilhelmina była z domu Thaer i to właśnie ona wniosła dobra w Śliwicy jako wiano do małżeństwa. Jej pradziadek prof. Albert D. Thaer był dyrektorem pruskiej akademii rolniczej i nazywany „ojcem rolnictwa”. Ceniony i szanowany przez największe osobistości ówczesnych Prus. Do dzisiaj w Lipsku stoi jego pomnik.

Natomiast wspomniany por. R. Wichmann był swego rodzaju bon vivant, nie rozumiał w ogóle gospodarki rolnej, a jako członek loży wolnomularskiej, najchętniej spędzał czas w Berlinie, poświęcając swą uwagę kasynom gry. I nic dziwnego, że wkrótce doprowadził Śliwice do upadku. W obliczu przymusowej licytacji, jego żona usiłowała dobra sprzedać, ale nic nie wskórała. Ostatecznie w 1900 r. Śliwicę nabył kpt. Martin von Perbandt. Przejął dobra od swojej szwagierki Wilhelminy za cenę oddłużenia i renty osobistej, ratując tym samym jej ojcowiznę. Nowy właściciel dźwignął szybko gospodarkę rolną w majątku, dysponując znacznymi kwotami wniesionymi w wianie przez jego drugą żonę, baronównę Esterę von Troschke. Około roku 1910 wybudował imponujący, neobarokowy dwór. W majątku powstały także cieplarnie kwiatowo-warzywne, wybudowano czworaki dla robotników dworskich, ujeżdżalnię, stodoły i stajnie.

Staraniem kpt. von Perbandta we wsi powstała szkoła, przystosowana z kupionej… gospody. Gdy 22 stycznia 1945 r. w Śliwicy pojawili się sowieccy żołnierze, z miejsca podpalili wspomniany dwór, aczkolwiek nie ruszyli innych zabudowań. Tak więc do dzisiaj zachował się między innymi pochodzący z drugiej połowy XVIII w. spichlerz z ładną drewnianą sygnaturką. Są w nim masywne piwnice z łukowymi sklepieniami, z których prowadziło podziemne przejście do znajdującego się obok dworu. Niestety, spichlerz ten jest dzisiaj w fatalnym stanie, a sygnaturka dachowa lada moment runie. Jego losem nie interesują się ani wojewódzkie władze konserwatorskie, ani lokalne. To wielka szkoda, w sytuacji gdy podjęto starania o wpisanie Kanału Elbląskiego i jego otuliny na listę UNESCO, a przecież wspomnianą wieżyczkę widać z pokładu statków płynących po kanale, zwłaszcza podczas przetaczania na pochylni w Kątach.

[media]460439[/media]

Na szczęście już wiele lat temu część założenia parkowego, przynależnego do dworu von Perbandt’ów w Śliwicy, kupił właściciel dużego gospodarstwa sadowniczego w Jelonkach. W ostatniej chwili uratował znajdującą się w dawnym parku dworskim płytę nagrobną wspomnianej już Wilhelminy Thaer (1834-1902) oraz masywny krzyż żeliwny z cmentarzyka dworskiego von Perbandt’ów, znajdującego się pod pobliskim lasem. Krzyż ten stał na grobie Carla von Perbandt’a (1832-1911), który był cenionym malarzem, a jego obrazy, uznawane za wybitne, znajdują się w muzeum w Oakland koło San Francisco.

Niżej podpisany miał okazję poznać córkę ostatniego właściciela Śliwicy Esterę-Sigrid von Perbandt (1909-1999), która była autorką powieści „Cień wilka” (Die Schatten der Wölfe - 1934) oraz noweli „Wśród pruskich Bogów” (Unter den Göttern Preussens - 1939). Jej syn posługiwał się biegle językiem polskim. Natomiast jej brat Martin (ur. 1922) był nazywany „ostatnim Sklode”, w nawiązaniu do protoplasty rodu von Perbandt, wzmiankowanego już w pierwszej połowie XIII wieku. Zginął jako podporucznik artylerii na froncie wschodnim w 1942 r. Został pochowany w Śliwicy na wspomnianym cmentarzyku familijnym, niedaleko rzeczki Klepiny, popularnie zwanej przed wojną „Żmijówką”. Na pewnym odcinku płynie ona wzdłuż Kanału Elbląskiego.
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama