Reklama

Umarł z tęsknoty za dziećmi. Francuzi i pożar dwudziestki

14/08/2015 10:10

Nastał dla mnie najgorszy czas w moim życiu. Codziennie słyszałem jęki, okrzyki i wrzaski. Przesłuchiwano mnie wielokrotnie — wspomina Wacław Skierski, jedna z około 150 ofiar tak zwanej Sprawy Elbląskiej.

Kilka tygodni temu odbyły się uroczystości związane z kolejną rocznicą pożaru hali produkcyjnej nr 20 w Zakładach Mechanicznych „Zamech” w Elblągu. Pod obeliskiem, na skwerze Sprawy Elbląskiej, tradycyjnie już złożono wieńce i wiązanki kwiatów.
To dramatyczne wydarzenie miało miejsce dokładnie 66 lat temu, w nocy z 16 na 17 lipca 1949 r. Po pożarze, pod zarzutem sabotażu, Urząd Bezpieczeństwa aresztował około 150 osób. Wśród aresztowanych były osoby, które przed wojną i w czasie wojny przebywały we Francji, a po wojnie wróciły do kraju. Aresztowani zostali oskarżeni o zbrodnicze podpalenie i tworzenie siatki szpiegowskiej. Wśród aresztowanych był również Wacław Skierski. W tych dniach przybył z Francji do Elbląga i na prośbę niżej podpisanego zgodził się powspominać tamte ciężkie czasy. Powiedział co następuje: (…)

— Moi rodzice przybyli do Aulnoye-Aymeries w departamencie du Nord we Francji po I wojnie światowej. Ojciec Kazimierz pochodził z powiatu kaliskiego, a moja matka Ludwika z Poznańskiego. Ojciec ściągnął ją do Francji, gdy już sam się tu zagospodarował. Ja urodziłem się w Aulnoye-Aymeries w 1933 r. Tu urodzili się również moi bracia Zygmunt i Teodor. [piano] Początkowo ojciec był „robotnikiem do wszystkiego”, a następnie robotnikiem fabrycznym. Miał duszę artystyczną, był uzdolniony muzycznie i ładnie grał na akordeonie. Mama zajmowała się domem i wychowaniem ósemki dzieci.

Po zakończeniu II wojny światowej sytuacja we Francji była nieciekawa. Sporo do powiedzenia mieli komuniści i na efekty nie trzeba było długo czekać. Ponadto dużo ludzi powyjeżdżało i nie było komu pracować. Pojawiło się widmo głodu. Do nas docierała miejscowa prasa polska „Narodowiec” i „Gazeta Polska”. Ta pierwsza pisała prawdę, a ta druga „wyprowadziła nas w pole”. To właśnie w niej pojawiały się coraz częściej artykuły o tytułach: „Rodacy, wracajcie - Polska za Wami czeka”, „Chleba w Polsce jest pod dostatkiem”, „Ziemie Odzyskane na Was czekają”, „Wracajcie”! Pod wpływem tej propagandy rodzice postanowili wrócić do Polski.

Zaczęliśmy się pakować. Z desek, stołów i mebli porobiono duże skrzynie, do których zapakowano dobytek. Zgodnie z polską propagandą, że „w Polsce wszystko jest, chleb, meble i jedzenie”, pakowano tylko najniezbędniejsze rzeczy, jak: rower, maszynę do szycia, połacie skóry na zelówki do butów, rzeczy osobiste. Przyjechał po nas samochód, który zawiózł wszystkich na dworzec w miasteczku Douai nad rzeką Scarpe. Stąd jechaliśmy towarowymi (bydlęcymi) wagonami trzy dni przez Francję, a następnie sześć dni przez Polskę. Granicę przekroczyliśmy w Międzylesiu, w powiecie Kłodzko. Transport kierował się na Śląsk. Jechaliśmy „raz do przodu, raz do tyłu”. Na pytania dlaczego tak się dzieje, odpowiadano nam – to jest PKP (posmarujesz koła, pojedziesz). Mało rozumiałem wówczas język polski, ale te słowa zapamiętałem na całe życie. Gdy dojechaliśmy do Wałbrzycha ojciec powiedział, że nie po to pracował tyle lat w kopalni, by znowu zjeżdżać pod ziemię!

Uzgodnił z mamą, że będzie lepiej jak pojedziemy na północ, nad morze. W planie była Gdynia, ale ostatecznie 9 września 1948 r. wylądowaliśmy w zniszczonym Elblągu. Tu skierowano nas na kwatery na ulicy Częstochowskiej. Dostaliśmy małą wyprawkę, kawałek chleba, słoninę i czarną kawę. W mieszkaniu nie było żadnych mebli, sprzętów itd. Zrobiliśmy sobie prowizoryczne posłania z materaców wypchanych słomą i sianem. Wtedy do Elbląga przybyli między innymi: Pietryka, Urbaniak, Jean Bastard, Bolek Jagodziński, Alojzy Janasiewicz, Bolesław Bubulis, Andrzej Skrzesiński, Stanisław i Andrzej Staniszewscy, Józef Olejniczak, Adam Basista (zamieszkał na Metalowców) z Sadowskimi i inni.

Basista kolegował się z Jeanem Bastardem i to było później powodem jego dramatu w śledztwie. „Francuzów” rozmieszczono także na ul. Grottgera, Daszyńskiego i Narciarskiej. Już po 9 dniach pracowaliśmy w Zakładach Mechanicznych „Zamech”. Zacząłem pracować na odlewni, miałem wówczas 15 lat… Jeżeli chodzi o ten dramatyczny pożar, to było zdaje się z soboty na niedzielę. Byłem w tym dniu na zabawie tanecznej w „Dolince”. Pamiętam, że w czasie tańców kurzyło się niemiłosiernie i grający na perkusji polewał co jakiś czas „trawiasty parkiet” dwoma butelkami wody. Wnet dowiedziałem się o tym pożarze. Byłem mocno zaskoczony, tym bardziej, że zaczęły się aresztowania. Najpierw wśród dyrektorów, kierowników i strażników, ale pozwalniali ich i wzięli się za robotników. Zrazu za tych, którzy byli na robotach przymusowych w Niemczech. Też ich wkrótce pozwalniali.

Nas, repatriantów z Francji, zwanych „francuzami”, zaczęli zamykać od 25 sierpnia 1949 r. W naszym mieszkaniu na Częstochowskiej, zwyczajem z rodzinnego Aulnoye-Aymeries, nie zamykaliśmy na noc drzwi. A tu nagle około godziny 23 w nocy wpadło pięciu uzbrojonych funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Elblągu, którego szefem był Tadeusz Reksa. Był to „piękny podarunek” od władz polskich, bowiem tego dnia nasza mama obchodziła urodziny! Ojciec usiłował się bronić przed aresztowaniem, podkreślając że jest patriotą, członkiem PPR, na co ubowcy odpowiedzieli, że „ojciec jest w porządku, ale synalkowie nie!”. Zawieźli nas zdaje się na ulicę Królewiecką, gdzie po pewnym czasie zapakowano wszystkich do furgonetki i odtransportowano do siedziby Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Gdańsku. Nomen omen – w czasie wojny była tu siedziba Gestapo… Zrewidowali nas i pojedynczo zawieźli do więzienia. Nastał dla mnie najgorszy czas w moim życiu.

Codziennie słyszałem jęki, okrzyki i wrzaski. Przesłuchiwano mnie wielokrotnie. Nie robił tego oczywiście słynny płk Różański, lecz inni, szeregowi ubowcy. On nadzorował wszystko. W czasie przesłuchań ubowiec bił mnie po twarzy. Pytał się niby o błahe sprawy typu „kogo znasz?”, „od kiedy?”, „kim on jest dla ciebie?”, „z kim się kolegujesz?”, „z kim chodzisz na piwo?” itd. Nieustannie odpowiadałem że „ja tego nie zrobiłem!” – a ubowiec na to: „ale ty wiesz, kto to zrobił! Później wracał do tego co powiedziałem, i jak były nieścisłości bił mnie po twarzy. Trzeba był uważać i zapamiętywać to, co się zeznawało… Po trzech tygodniach śledztwa zostałem zwolniony. Gdy wróciłem do pracy, niektórzy w brygadzie pluli na mnie, byłem „zdrajcą”, „dywersantem”… Podejrzewaliśmy kilku, iż zostali zwerbowani do współpracy z UB. Moich braci, Zygmunta i Teodora, zwolniono dopiero po 21 miesiącach - na dzień 1.5.1952 r. Wtedy bowiem sprawa pożaru „20-tki” się zakończyła. Nie udowodnili im winy, ale oni bardzo ciężko odpokutowali to na zdrowiu…

Według mnie przyczyna tego pożaru była zgoła przypadkowa. Pamiętam, że w „20-tce” zgromadzono przed pożarem wiele dużych pakietów z nowymi maszynami. Stały te pakiety jeden na drugim, pod ścianami, a w nich nowiutkie maszyny zakonserwowane specjalnym środkiem, poprzekładane zaimpregnowanym i tłustym papierem. Było wtedy bardzo gorąco i wystarczyło, że ktoś zostawił tu z soboty na niedzielę jakiś niedopałek i stało się to, co się stało. Być może ten pożar byłby ugaszony w zarodku, gdyby nie… strażnicy! Miast pilnować obiektu, przepłynęli sobie łódką na drugą stronę rzeki Elbląg, gdzie w nadbrzeżnej siedzibie klubu sportowego „Polonia” odbywała się zabawa i tańce! Oni się zabawili, a hala spłonęła i dziesiątki niewinnych ludzi strasznie ucierpiało… Moja rodzina bardzo mocno to odczuła, zmarnowano nam życie, a przecież ojciec był wielkim patriotą.

Dlatego cały czas nie podobał mi się ten ustrój, nie ufałem władzy i ciągle myślałem jak się od tego komunistycznego jarzma uwolnić. Pierwszą próbę podjąłem w 1963 r. Starałem się o paszport. Dostałem odmowę. Po kilku latach następna próba, również bezskuteczna. Wyjechałem do Francji dopiero w 1981 r., a dwa lata później moja żona z synem i córką. Naczelnik paszportów stosował okupacyjną zasadę odpowiedzialności zbiorowej i dawał odmowy, gdyż wiedział, że jak żona i dzieci do mnie przyjadą to ja już nie wrócę do „tego komunistycznego raju”.

Ale udało się, jesteśmy razem, mieszkamy we Francji, w rejonie Nord-Pas-de-Calais w departamencie Nord. Tu musieliśmy wszystko zaczynać od nowa. Mój ojciec nie doczekał powrotu swoich synów Zygmunta i Teodora z więzienia. Umierając spojrzał ostatni raz na drzwi naszego mieszkania na ulicy Częstochowskiej i wyszeptał - „wracajcie do domu”. Pochowany został na cmentarzu przy ul. Agrykola. Jego nagrobek nosi znamienny napis: „Kazimierz Skierski (1890-1951), umarł z tęsknoty za dziećmi…”
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama