Reklama

Żywot najstarszego 
proboszcza w Polsce

14/07/2012 19:40

Ksiądz kanonik Stanisław Biały przez 45 lat swojej posługi w parafii Nowakowo udzielił 1369 chrztów, pobłogosławił 523 małżeństwa i odprowadził na cmentarz 379 swoich parafian. — Gdy przyjechałem do Nowakowa zastałem drewniany przedwojenny barak z 1939 r., w którym funkcjonowała kaplica. Żadnych warunków do mieszkania. Pierwszą inwestycją była… sławojka, czyli ubikacja — wspomina.

Ten rok jest wyjątkowy w życiu ks. kanonika Stanisława Białego, proboszcza w Nowakowie: obchodzi 50–lecie święceń kapłańskich i 45. rocznicę duszpasterzowania w tej parafii. Z księdzem kanonikiem rozmawia Andrzej Oletzki.

— Skąd Ksiądz pochodzi i jaką przebył drogę do Nowakowa? 

— Urodziłem się w miejscowości Warele Stare na Podlasiu 26 listopada 1936 r. w rodzinie rolników Józefa i Stanisławy, utrzymujących się z niewielkiego gospodarstwa. Na świat przyszło pięcioro dzieci, ale dwoje zmarło, pozostało nas trzech braci. Gdy byłem małym chłopcem rozpoczęła się II wojna światowa, gospodarstwo rodziców zostało spalone razem z inwentarzem żywym, pozostał tylko stary dom, do którego wróciliśmy po wysiedleniu w trakcie działań wojennych. Moi rodzice byli głęboko wierzący, w każdą niedziele i święta chodziliśmy 3 kilometry do kościoła w Wyszonkach Kościelnych, który zniszczono w czasie wojny i trzeba było go odbudowywać. Gdy uczęszczałem do szkoły nosiłem ze sobą młotek, którym oczyszczałem razem z innymi dziećmi cegły do budowy kościoła. Budynku szkoły też nie było, więc uczyliśmy się w prywatnych domach, w trudnych warunkach: nie było autobusów więc trzeba było pieszo dotrzeć na czas. Po ukończeniu szkoły podstawowej udałem się do Liceum Ogólnokształcącego w Różanym Stoku prowadzonego przez Księży Salezjanów, gdzie ukończyłem dwie klasy, bo władze zamknęły szkołę odbierając budynek. Pozostałe dwie klasy odbyłem w LO w Wysokiem Mazowieckiem i tam też zdałem w 1956 r. egzamin dojrzałości. Czując powołanie kapłańskie zgłosiłem się do olsztyńskiego seminarium duchownego. Zrobiłem tak, ponieważ w naszej parafii głosił misje profesor tego seminarium ks. Stanisław Zdanowicz i dając mi, jako ministrantowi, obrazek powiedział, że jeśli zechcę być księdzem mam się do niego zgłosić.

— Jak wyglądało życie seminaryjne?

— Tamtego roku przyjęto do seminarium 42 kandydatów. Czasy nie były łatwe pod każdym względem: politycznym i materialnym. Ówczesna władza nie sprzyjała Kościołowi, a funkcjonowanie uczelni przygotowującej kapłanów wymagało zdobycia środków materialnych i produktów żywnościowych, których wtedy brakowało. Ponieważ kandydatów do kapłaństwa było wielu rektor nie miał skrupułów i lekką ręką „dziękował” niektórym, proponując inną drogę życiową. Ostatecznie w olsztyńskiej uczelni duchownej przyjąłem święcenia kapłańskie w 1962 r. z 22 kolegami, wśród których był m.in. przyszły Prymas Polski ks. Józef Kowalczyk.

— Wracając do Nowakowa...

— W 1967 r. zostałem wezwany do kurii, gdzie biskup zaproponował mi objęcie parafii Nowakowo, obsługiwanej przez księży z parafii św. Mikołaja w Elblągu. Przyjechałem, zobaczyłem i… tylko się przeżegnałem! Gdy wróciłem do biskupa on już miał przygotowaną nominację i… dziękował mi za jej przyjęcie, nie dając właściwie dojść do słowa. Poinformował mnie przy tym, że żaden ksiądz nie chciał iść do Nowakowa, a dla mnie będzie to awans.

— W jakich warunkach rozpoczęła się praca na samodzielnej placówce?

— Gdy przyjechałem do Nowakowa (parafia liczyła 1320 osób) zastałem drewniany przedwojenny barak z 1939 r., w którym funkcjonowała kaplica. Żadnych warunków do mieszkania. Na miejsce do życia zagospodarowałem strych przy kaplicy, gdzie urządziłem dwa małe pomieszczenia (2x3 metry), latem panował tam okropny upał, a zimą zimno nie do zniesienia. Moim poprzednikiem w duszpasterzowaniu był ks. Bogdan Rusinowski dojeżdżający z Elbląga. Nie miałem wody ani toalety, nie mówiąc o łazience. Po wodę jeździłem z bańkami do Rubna. Pierwszą inwestycją była… sławojka, czyli ubikacja. Złożyłem też podanie o telefon. Jako „wróg ustroju” otrzymałem go… po 23 latach! Potem przy pomocy parafian udało się zdobyć poniemiecką pompę, którą podłączyliśmy do odnalezionego wodociągu. Była to końcówka lat 60. i doświadczałem razem z innymi księżmi, dokuczliwej nagonki funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Nachodzili, wysyłali anonimy, żądali współpracy i donoszenia na kolegów, chcieli ujarzmić młodego kapłana – to było ich zajęcie. Nie dałem się złamać. Najważniejszym zadaniem była budowa plebanii. Spotkałem wielu życzliwych ludzi w ówczesnych urzędach powiatowych, którzy pomagali mi razem z grupą parafian. Wprawdzie nie było materiałów, ale z Bożą i ludzką pomocą plebania stanęła i były już warunki do normalnego funkcjonowania. Poświęcenia nowego budynku dokonał w 1972 roku ks.bp Józef Drzazga razem z kapłanami dekanatu elbląskiego.

— Jakie były najtrudniejsze momenty posługi?

— Rok 1983. 20 stycznia stało się coś, co prasa opisała następująco: ”Morze szalało od kilku dni. Sztorm atakował ląd z rzadką o tej porze siłą. Północny wiatr pchał masy wody na południe. W czwartek, 20 stycznia nocą, poziom Zalewu Wiślanego osiągnął 664 cm, podczas gdy wały miały wysokość 650 cm. Huragan osiągał 120 km/godz. Masy wody przewalały się falami ponad wałami ochronnymi. Od kilku dni rolnicy z Nowakowa i Batorowa na zmianę czuwali na wale. Czuło się cofkę w powietrzu. W środę wieczorem alarmowali władze gminne. – Wał nie wytrzyma, trzeba ewakuować! Nie wierzyli jeszcze w najgorsze, a jednak… W nocy ze środy na czwartek wał pęka. W kilka godzin Wyspa Nowakowska zostaje zalana. Woda wylewa się na pola i łąki i do zabudowań. Ciemności napełniają się strachem, rykiem bydła, kwikiem świń, krzykiem ludzi, którzy starają się ratować życie i swój dobytek. Rozpacz w oczach, woda do ramion, do dobytku nie ma dojścia. Trzeba uciekać na strych. – Czy kto kiedy widział, żeby świnia weszła schodami na strych? – pyta staruszka z Batorowa. A tak było. Nawet drewnianą klapę ryjem podniosła! Dopiero w czwartek nadchodzi pomoc. Trzeba natychmiast ewakuować ok. 1000 ludzi. Amfibie, helikoptery, samochody ciężarowe. Groźne pomruki wichury zrywają się co chwila, utrudniając akcję. W nowakowskim klubie rolnika organizuje się sztab przeciwpowodziowy”.
 Włączyłem się aktywnie w działania ratunkowe, ponieważ znałem swoją parafię i wiedziałem gdzie trzeba szukać ludzi, zwłaszcza mieszkających samotnie. Pływając z żołnierzami na amfibii ratowaliśmy parafian i ich dobytek. Zdarzały się sytuacje, że ktoś nie chciał opuścić swoich zabudowań, wzywano mnie i dopiero moje przekonywanie odnosiło skutek. Nikt nie zginął, choć straty materialne były bardzo duże. Zalany został kościół i plebania. Zorganizowałem akcję pomocy i zbierania darów dla powodzian ze wszystkich stron.
 Ceną, jaką zapłaciłem za te wydarzenia było pęknięcie wrzodu żołądka i pobyt w szpitalu, które niemal przypłaciłem życiem. Wyszedłem jednak cało i z tej opresji. Drugim trudnym momentem była sytuacja, która przytrafiła się w chwili poświęcenia placu pod budowę kościoła 1 października 1989 r. Uroczystość zakłóciło kilka osób (prawie zupełnie nie związanych z parafią, nie przyjmujących księdza „po kolędzie”), dla których PZPR była treścią życia, wystąpiło przeciw proboszczowi wobec biskupa warmińskiego Edmunda Piszcza, bo przeszkadzała im budowa kościoła. A ten bez znajomości sytuacji ogłosił, że za dwa tygodnie zostanę zwolniony ze swojej funkcji. Wywołało to wielkie poruszenie wśród pozostałych parafian, którzy mieli żal, że biskup nie wysłuchał nawet racji proboszcza tylko bezkrytycznie przyjął argumenty kilku osób. Ja także zdecydowanie zareagowałem i… pozostałem w parafii, a nazwiska „buntowników” pozostały w kronice parafialnej. Trudnym też osobistym przeżyciem był dzień 28 grudnia 1990 r. – śmierć matki, która przez 22 lata wspierała mnie prowadząc plebanię i małe gospodarstwo parafialne.

— A jakie były chwile radosne?

— Najradośniejszym był dzień, w którym uzyskaliśmy pozwolenie na budowę kościoła, co stanowiło moje największe marzenie. Nie było żadnej możliwości jego realizacji. Dopiero gdy nastąpiła zmiana ustroju to pragnienie – moje i parafian - zaczęło się spełniać. Przygotowaliśmy plany (projekt inż. Kaniewskiego) i pozwolenia, a 1 maja 1991 r. pierwsza łopata została wbita w ziemię. 5 czerwca 1994 r. przy okazji I Komunii św. nastąpiła wielka mobilizacja parafian, wstawiliśmy wszystkie okna i uroczystość odbyła się już w nowym kościele! 
W uznaniu moich dokonań w 1997 r. zostałem mianowany kanonikiem gremialnym Pomezańskiej Kapituły Katedralnej. Angażowałem się w życie społeczne i patriotyczne troszcząc się m.in. o miejscową Ochotniczą Straż Pożarną (byłem jej prezesem), infrastrukturę wsi (rzuciłem hasło i przewodniczyłem komitetowi budowy wodociągu). Byłem duszpasterzem rolników, a także kapelanem Gminnego Koła Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych w Elblągu oraz Związku Sybiraków. Radni nadali mi tytuł Honorowego Obywatela Gminy Elbląg, a kierownik Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych odznaczył medalem „Pro memoria” w imieniu Prezydenta RP.
 Doświadczyłem wiele życzliwości od parafian, których ilość niestety ubywa i wynosi obecnie poniżej 1000 osób. Dobrze układała się współpraca z grekokatolikami, których na początku wielu mieszkało na terenie parafii. Sprawowałem liturgię we wszystkie ich święta.

— A teraz… na emeryturę?

— Tak. Moja kadencja kończy się 21 sierpnia 2012 r. Wprawdzie grupa parafian przyszła do mnie z pomysłem udania się do biskupa z prośbą o pozostawienie mnie na stanowisku, ale poprosiłem aby tego nie robili. Ważną uroczystością, którą jeszcze przeżyję wspólnie z parafianami, będzie Nawiedzenie Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w dniu 4 sierpnia 2012 roku. A potem… trzeba pakować się i wyjazd. Zdecydowałem się zamieszkać w rodzinnych stronach u brata.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama