Reklama

Grunt to nie bawić się lepiej niż publiczność

21/10/2011 09:09

W kabaretowym środowisku panuje takie przekonanie, że jak się nie zagrało w Młynarach, to tak, jakby się jeszcze nigdzie nie grało — takimi słowami przywitali mieszkańców Młynar Adam Małczyk i Michał Pałubski z kabaretu Chatelet, który wystąpił tam w minioną niedzielę. Był to oczywiście żart, ale publiczność udała, że w to wierzy. Zanim jednak Adam i Michał weszli na scenę, o ciężkiej pracy kabareciarza rozmawiała z nimi Zuzanna Gajewska.

— Kiedy dzwoniłam do waszego menadżera, żeby umówić się z wami na rozmowę, była dwunasta w południe, a on powiedział, że jeszcze śpicie, bo jesteście zmęczeni. Czy to znaczy, że praca kabareciarza jest ciężka?


Adam: — Tak, jest ciężka. To nie jest tak, jak ludziom się wydaje, że to sama zabawa. My naprawdę dużo pracujemy. Najpierw trzeba wymyślić skecze, a potem przećwiczyć je na próbach. Dużo czasu spędzamy w podróży, czasami po jednym występie jedziemy na kolejny do oddalonego o 700 kilometrów miasta. To jest męczące. A jest jeszcze przecież życie prywatne, trzeba znaleźć czas na dom, rodzinę.


Michał: — Tak, Adam ma rację, bardzo dużo czasu spędzamy w podróży. I wiecie co, musimy przyznać rację Platformie Obywatelskiej, nie kłamali. Jeździmy po tylu drogach i one naprawdę są w budowie, nie da się przejechać (śmiech). A tak na poważnie, to nasza praca może być męcząca. Czasami mamy dość siebie nawzajem, bo ciągle przebywamy razem: wymyślamy teksty, przygotowujemy się do występów, gramy, jeździmy samochodem, mieszkamy w hotelach, w końcu można mieć dość. A ostatnio, kiedy byliśmy długo w podróży, często zajeżdżaliśmy na stacje benzynowe, żeby coś przekąsić. I kiedy na kolejnej stacji zobaczyłem słone paluszki, to miałem wręcz ochotę... No wiadomo.

— A jak wygląda wasze życie osobiste? Czy ludzie w ogóle traktują was poważnie? Czy z góry zakładają, że zaraz zaczniecie ich rozśmieszać?


Michał: — Tak zdarza się bardzo często i muszę przyznać, że trochę mnie to denerwuje. Przychodzę do okienka i pani spodziewa się, że opowiem dowcip. Albo jak idziemy sobie na piwo do pubu, to ludzie, szczególnie ci już lekko podpici, od razu do nas podchodzą jak do starych kumpli i mówią "Hej, siema, co tam słychać?". A nie zawsze musimy mieć ochotę spoufalać się ze wszystkimi albo może chcemy pogadać poważnie.


Adam: — Fakt, to bywa czasem denerwujące, ale też pomaga w niektórych sytuacjach.

— Na przykład policjanci nie wlepiają wam mandatów?

Michał: — Na przykład.


Adam: — Policjanci nie wlepiają nam mandatów, bo nigdy nie łamiemy przepisów.

— Jak jeszcze reagują na was ludzie, chcą być zabawni i sypią dowcipami jak z rękawa, czy raczej pasują, boją się odezwać, żeby przypadkiem się nie skompromitować?


Adam: — Nie ma to jak rodzinne wesela. Siedzę sobie spokojnie, aż tu nagle przysiada się do mnie jakiś wujek czy jeszcze inna ciocia i opowiada mi kawały. W ogóle ludzie myślą, że my uwielbiamy słuchać dowcipy. Oczywiście nic nie bawi nas tak, jak żarty sprzed dziesięciu lat (śmiech). Ale mimo wszystko to jest pozytywne, no i wpisane w nasz fach, i trzeba do tego przywyknąć.


Michał: — Ja zauważyłem dwa typy zachowań ludzi, którzy nas rozpoznali. Albo myślą, że jesteśmy głusi i gdzieś tam za plecami szepczą do siebie: "Ty, zobacz, widzisz kto tam idzie? Nie poznajesz? To ten koleś z kabaretu". Albo drugi rodzaj: ludzie, którzy nie chcą na siebie zwracać uwagi, żeby przypadkiem nie zostać bohaterem naszego kolejnego skeczu i najczęściej skutek jest dokładnie odwrotny. Ostatnio jadąca na rowerze dziewczyna tak bardzo udawała, że mnie nie widzi, że aż wpadła na słup. A jak chciałem jej pomóc, to szybko odjechała, krzycząc, że nic jej nie jest.


— Wróćmy do pracy na scenie. Powiedzcie, czy publiczność z małych miejscowości różni się od tej z dużych miast?


Michał: — Publiczność w dużych miastach jest bardzo rozpieszczona i czasem mówią "Nie, nie będziemy się z tego śmiali". A w mniejszych miejscowościach przyjazd kabaretu to wydarzenie, więc są bardziej otwarci.


Adam: — Tak, publiczność małych miasteczek jest bardziej głodna, ale ogólnie to, czy ludzie się śmieją, zależy od skeczu, od ich osobistego poczucia humoru i od tego, czy w ogóle lubią dany kabaret.

— A jak wy przeżywacie występy, zdarza wam się zapomnieć tekst, improwizować? A co jeśli dopadnie was niepohamowany wybuch śmiechu?


Adam: — Improwizacji jest bardzo dużo, na początku naszej działalności bardzo się na tym opieraliśmy, teraz trochę mniej, ale jest ona potrzebna.


Michał: — To jest tak, że jak się gra jeden skecz przez kilka miesięcy, to on wreszcie musi się znudzić, dlatego warto wprowadzić coś nowego, najlepiej na bieżąco. Rozśmieszyć kolegę, a jeśli jest to ktoś tak inteligentny jak Adam, który podejmuje dowcip, to robi się naprawdę ciekawie.

Adam: Dokładnie tak właśnie jest. A wybuchów śmiechu nie tłumimy, oczywiście nie można śmiać się w nieskończoność. Najgorsze, co może być, to bawić się lepiej niż publiczność, ale trochę pośmiać się można.

— A czy są jakieś tematy tabu, takie, z których nie wypada żartować?

Adam: — Wszystko zależy od tego, jak żart jest przedstawiony. Wiadomo, że nie mogliśmy żartować o Smoleńsku bezpośrednio po katastrofie. Poza tym my nie śmiejemy się z konkretnych nazwisk czy wydarzeń, a raczej z sytuacji.


Michał: — Poza tym publiczność kabaretowa powinna mieć do siebie dystans, rozumieć żarty. Kiedyś było tak, że w jednym ze skeczy zażartowaliśmy o Sosnowcu i potem na naszej stronie pojawił się komentarz, że nie powinniśmy tak mówić, bo Sosnowiec to ładne miasto, które się rozwija i w ogóle. Moim zdaniem, ta reakcja świadczy o braku dystansu, bo akurat wtedy żartowaliśmy też z Katowic, gdzie odbywał się występ, czy z naszego Krakowa. 


Adam: — Tak naprawdę to śmiać się można ze wszystkiego, nawet ze śmierci czy kalectwa, tylko trzeba to dobrze podać. Kiedyś zrobiliśmy skecz o rodzinie homoseksualnej, tak w krzywym zwierciadle. Pokazaliśmy, że to bycie hetero jest nienormalne. Ludzie tu się śmieją, najpierw "cha, cha, cha", a potem nagle milkną i nadchodzi chwila refleksji. Kabaret oswaja ludzi z niektórymi zjawiskami.


— To jeszcze na koniec powiedzcie, kiedy znowu pojawicie się w naszych stronach?


Adam: — Z tego co pamiętam, to w listopadzie czy w grudniu będziemy w Elblągu, ale to, jak często się gdzieś pojawiamy, nie do końca zależy od nas. Najpierw nas ktoś musi zaprosić. Albo nas chcą albo nie chcą.


Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama