Poruszał się jak kot, bez użycia rąk przeskoczył ogrodzenie i zniknął w ciemności. Tak ucieczkę sprawcy włamania do salonu jubilerskiego działającego na terenie marketu E. Leclerc opisywał przed sądem ochroniarz, który ruszył za nim w pościg. Później na terenie ogródków działkowych przy ul. Komeńskiego śledczy odnaleźli drabinę i szlifierkę, które miały zostać wykorzystane do popełnienia przestępstwa. W poniedziałek, 15 czerwca, przed Sądem Rejonowym w Elblągu rozpoczął się proces 49-letniego Sebastiana S., oskarżonego o próbę kradzieży złotych monet inwestycyjnych i biżuterii o wartości ponad 6,7 mln zł.
Podczas śledztwa Sebastian S. konsekwentnie odmawiał składania wyjaśnień. Dopiero podczas pierwszej rozprawy zdecydował się odpowiedzieć na pytania sądu i stron.
– Nie przyznaję się do winy. Nie mam zielonego pojęcia o tym przestępstwie. Wiem tylko tyle, ile przeczytałem w aktach sprawy – oświadczył.
W trakcie rozprawy ujawniono również informacje dotyczące jego wcześniejszej karalności. Sebastian S. potwierdził, że był karany za włamanie do jubilera w Austrii oraz za przestępstwa przeciwko mieniu popełnione na terenie Niemiec. Toczy się wobec niego również postępowanie dotyczące włamania do jubilera w Krakowie.
„Żyję ze sportu”
49-latek podał, że z zawodu jest malarzem, jednak obecnie utrzymuje się ze sportu.
– Żyję ze sportu. Z kulturystyki uprawianej na świeżym powietrzu – mówił.
Zapewniał przy tym, że nie jest trenerem personalnym.
– To jest taka pomoc, że sami ludzie nie mają chęci do trenowania, a ja mam chęci do trenowania. Mam wyznaczone godziny swoich treningów. Wchodzę, trenuję, a jak ktoś przyjdzie, to pomagam – tłumaczył.
Jak wyjaśniał, od wielu lat ćwiczy na ogólnodostępnych urządzeniach do treningu siłowego.
– Ja zawsze trenowałem kulturystykę. Mogę tak powiedzieć. Trenuję kulturystykę, tylko nie na siłowni. Wychodzę na takie różne ćwiczenia – mówił.
Pytany o dochody odpowiedział, że wynoszą one około trzech tysięcy złotych miesięcznie.
Ochroniarz ruszył w pościg
Do włamania doszło w nocy z 19 na 20 kwietnia 2025 roku. Według ustaleń śledczych sprawca dostał się do budynku marketu E. Leclerc od strony pawilonu ogrodniczego. Po wyłamaniu drzwi prowadzących do wnętrza obiektu przedostał się do środka, a następnie wybił szyby salonu jubilerskiego. Jego łupem padły złote monety inwestycyjne oraz złote łańcuszki o łącznej wartości ponad 6,7 mln zł. Znaczną część kosztowności spakował do plecaka, jednak podczas ucieczki nie zdołał zabrać całego łupu.
Jednym z najważniejszych świadków był pracownik ochrony pełniący tej nocy służbę w centrum handlowym. To właśnie on jako pierwszy zauważył włamywacza i ruszył za nim w pościg. Jak zeznał przed sądem, około godziny 2.30 otrzymał sygnał alarmowy z salonu jubilerskiego. Sprawdził rejon sklepu, ale nie zauważył niczego niepokojącego. Kilkanaście minut później alarm uruchomił się ponownie. Tym razem usłyszał dźwięki metalu i odgłosy szurania. Zorientował się, że ktoś znajduje się po drugiej stronie namiotu ustawionego na terenie pawilonu ogrodowego.
– Krzyknąłem, że wiem, że tam jest – relacjonował.
Przez pewien czas obserwował ruchy osoby ukrywającej się za namiotem.
– Wychylił się kawałek głowy, jedno oko. Było jeszcze ciemno, dlatego nie byłem w stanie rozpoznać twarzy – zeznał.
Po kilku minutach obserwacji sprawca nagle podjął ucieczkę.
– Najpierw poruszał się przygarbiony, niemal jak kot. Przez chwilę obserwowałem go zza namiotu, a gdy ruszył do ucieczki, wyprostował się i zaczął bardzo szybko biec. W pewnym momencie wybił się z jednej nogi, wskoczył na worki z ziemią i bez używania rąk przeskoczył przez ogrodzenie. Był bardzo sprawny fizycznie. Sam od lat uprawiam sport, ale nie byłem w stanie go dogonić. Miał na sobie czarny, obcisły strój i przez cały czas ucieczki ani razu się nie odwrócił. Twarzy nie widziałem – zeznał pracownik ochrony.
Drabina i szlifierka na działkach
Istotne zeznania złożył również policjant uczestniczący w oględzinach miejsca zdarzenia.
– Uzyskałem informację od policjantów o drodze wejścia i wyjścia sprawcy oraz kierunku jego ucieczki. Przewodnik psa tropiącego wskazał, że sprawca uciekał w stronę sklepu Grant, oddalonego od drzwi wejściowych sklepu Leclerc o około 50 metrów – zeznał funkcjonariusz.
Jak wynikało z jego relacji, pies podjął trop bezpośrednio przy miejscu włamania.
– Z relacji przewodnika psa tropiącego wynikało, że pies w pierwszej kolejności podjął trop bezpośrednio przy wejściu do sklepu. Następnie doprowadził do miejsca, gdzie sprawca porzucił plecak ze skradzionym łupem oraz narzędzia, między innymi łom, śrubokręt i klucze imbusowe – mówił policjant.
Po analizie nagrań monitoringu funkcjonariusze skupili się na dalszej trasie ucieczki sprawcy.
– Wiedzieliśmy, w którym miejscu przeskakiwał przez ogrodzenie. Po obejrzeniu monitoringu udałem się w rejon ogródków działkowych przy ul. Komeńskiego – zeznał.
Na jednej z działek zauważył ślady wskazujące, że ktoś niedawno tam przebywał.
– Na działce panował wzorowy porządek. Wszystko było poukładane. Dlatego od razu zwróciłem uwagę na przedmioty, które nie powinny się tam znajdować – relacjonował.
Przy ogrodzeniu znajdowała się ustawiona pionowo drabina. W pobliżu leżała również szlifierka.
– To wydało mi się bardzo podejrzane. W mojej ocenie te przedmioty mogły mieć związek z włamaniem – mówił.
DNA na szlifierce
Miejsce zostało zabezpieczone przez policjantów i techników kryminalistyki. To właśnie na odnalezionej szlifierce śledczy zabezpieczyli ślady DNA, które stały się jednym z ważniejszych dowodów w sprawie.
Pytany o ich pochodzenie Sebastian S. przedstawił własne wyjaśnienie.
– Czekałem na koleżankę koło Leclerca. Podeszło do mnie dwóch chłopaków. Mówili, że nie mają co jeść. Kupiłem im wędlinę, później prosili jeszcze o chleb – tłumaczył.
Jak twierdził, mężczyźni próbowali mu coś sprzedać.
– Próbowali mi coś sprzedać. Nie pamiętam dokładnie co. Nie wiem, czy mieli jakąś wiertarkę czy inne rzeczy. Nie jestem w stanie tego powiedzieć – mówił. – Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego moje DNA znalazło się na tej szlifierce – dodał.
Tajemnicza Ania
Drugim ważnym wątkiem przesłuchania była kobieta o imieniu Ania, z którą oskarżony miał przyjechać do Elbląga. Sebastian S. twierdził, że miała w mieście własne sprawy do załatwienia, a on jedynie jej towarzyszył. Nie potrafił jednak podać jej nazwiska, numeru telefonu ani dokładnego adresu. Podczas rozprawy pokazano mu nawet mapę Opola, jednak nie był w stanie wskazać miejsca, w którym miała mieszkać.
– Nigdy – odpowiedział na pytanie, czy po wyjeździe z Elbląga kontaktował się jeszcze z kobietą.

Co zginęło z salonu?
Przed sądem zeznawał również właściciel salonu jubilerskiego.
– Przez wybitą szybę było widać, że brakuje łańcuszków. Reszta złota była porozrzucana – relacjonował.
Jak wyjaśniał, sprawca zabrał nie tylko biżuterię, ale również złote monety inwestycyjne.
– Na monitoringu było widać, jak bierze monety z półki i wkłada je do dużej kieszeni bluzy kangurki – zeznał właściciel.
Większość skradzionego mienia udało się odzyskać. Do dziś nie odnaleziono jednak siedmiu złotych monet inwestycyjnych. W chwili zdarzenia ich wartość wynosiła ponad 79 tys. zł. Obecnie, wraz ze wzrostem cen złota, przekracza już 100 tys. zł.
Sebastian S. pozostaje w areszcie tymczasowym. Za zarzucane mu przestępstwo grozi kara do 20 lat pozbawienia wolności.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze