Reklama

Wspomnienie o Michale Sumińskim

30/12/2011 10:25

Jak nikt potrafił malować cudowny świat przyrody wspaniałymi gawędami. Przez dwadzieścia lat były one dla mnie prawdziwą ucztą, co w pełni zrozumiałem i doceniłem, gdy już byłem starszy — mówi o zmarłym kilka dni temu Michale Sumińskim Sławomir W. Malinowski, elbląski filmowiec, dziennikarz i podróżnik.

O gospodarzu legendarnego programu "Zwierzyniec" ze Sławomirem W. Malinowskim, autorem filmu "Pan Zwierzyniec", rozmawia Jarosław Grabarczyk.

— Panie Sławku, o czym Pan pomyślał, co czuł, gdy dowiedział się Pan o śmierci Michała Sumińskiego?
— Smutek i żal, bo odszedł naprawdę wspaniały człowiek. 
Miał 97 lat. Piękny wiek uroczego starszego pana z wąsami, który jak nikt potrafił malować cudowny świat przyrody wspaniałymi gawędami. Przez dwadzieścia lat były one dla mnie prawdziwą ucztą, co w pełni zrozumiałem i doceniłem, gdy już byłem starszy. Przez lata wyczekiwałem poniedziałku, aby po szesnastej zasiąść na dywanie przed telewizorem w oczekiwaniu na "Zwierzyniec".

Później, już jako dziennikarz, poznałem osobiście Michała Sumińskiego. Pisałem pracę magisterską o jego redakcji "Dla tych co na morzu". Wspólnie zrobiliśmy kilkadziesiąt audycji radiowych i kilka filmów, w tym jeden biograficzny. O nim. Był dla mnie autorytetem, legendą, przyjacielem.
Napisałem o jego ciekawym życiu książkę, którą miałem nadzieję wydać i wręczyć mu osobiście w jego mieszkaniu na warszawskiej starówce. Nie zdążyłem...
"Zwierzyńca" już dawno nie ma. Teraz odszedł Michał..., a wraz z nim część mego dzieciństwa. I jak zdążyłem zauważyć, nie tylko mojego, ale również wielu, wielu ludzi, którzy mieli szczęście słuchać jego gawęd.


— Jest Pan m.in. autorem filmu "Pan Zwierzyniec", który opowiada właśnie o słynnym niegdyś gospodarzu telewizyjnego programu "Zwierzyniec". Co urzekło Pana w tym człowieku, że postanowił Pan nakręcić o nim film?
— Niezwykłe ciepło, którym emanował, otwartość na drugiego człowieka, piękne maniery oraz to, że zupełnie był pozbawiony złych emocji. A przeszedł wiele. W czasie wojny trafił do Auschwitz, a później do Mathausen. Przeżył, lecz zginął tam z wycieńczenia jego ojciec, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Po wojnie rozparcelowano jego rodowy majątek w Leśniewie pod Ciechanowem. Został z niczym. Opowiadał mi, że ilekroć przyjeżdżał tam odwiedzać stare kąty, spotykał się z rolnikami, którzy niegdyś pracowali u jego rodziców. Był zapraszany przez nich na obiad, pogawędkę, wspólne spędzenie czasu. Lubili się. Nie czuł do nich żalu, iż mają to, co prawnie należało do niego i jego rodziny. 
Jakże to dziś kontrastuje z postawą wielu, nawet pełniących funkcje publiczne, którzy z nienawiści i pogardy budują własną tożsamość, mającą uzasadnić ich publiczną obecność, a na domiar złego zarażają całym tym złem swe dzieci, choć przeszli niewspółmiernie mniej od niego. 
Michał był przy tym niezwykle szczery. Dzisiaj to też rzadkość. Mówił to, co myślał, dotrzymywał słowa, brzydził się chamstwem.
No i oczywiście, bo jakże by inaczej, ten niesamowity dar malowania prostymi, pięknymi słowami otaczającej nas przyrody. Naszej przyrody. Zresztą, opisywał ją całym sobą, chodząc, gestykulując, naśladując głosy zwierząt. Oczarowywał nas, dzieciaków, swymi gawędami, czym zasłużył sobie na najpiękniejsze odznaczenie świata "Order Uśmiechu".


— Realizując swój obraz pt. "Pan Zwierzyniec" i przy innych okazjach spotykał się Pan z Michałem Sumińskim, rozmawiał z nim. Jakim był człowiekiem w życiu prywatnym, poza małym ekranem?
— Krótko mówiąc, ujmującym. Kilka dni temu Paweł Kasperczyk powiedział mi, że ilekroć idąc rano do pracy spotykał Pana Michała, serce biło mu raźniej, a dzień nabierał ciepła i radości. I wie Pan, w tych kilku słowach Paweł oddał całą jego osobowość. 
Prywatnie Michał Sumiński był dokładnie taki, jak na ekranie. Może z małym wyjątkiem. Uwielbiał fajkę i nalewkę wiśniową, którą sprowadzał spod Warszawy. W telewizji nigdy nie palił i nie wypił czegoś "mocniejszego". Siadaliśmy w fotelach w jego gabinecie myśliwskim, w warszawskim mieszkaniu i godzinami rozmawialiśmy, popijając trunek z małych kieliszków. Obok zawsze pojawiały się ciasteczka i wyśmienita kawa. Mając wieloletnie doświadczenie w pracy z mikrofonem, zawsze podziwiałem go, jak niezwykle barwnie i ciekawie potrafił opowiadać o rzeczach, wydawałoby się, banalnych. Miał do siebie dystans okraszony poczuciem humoru. Niekiedy zaśmiewałem się do łez. Jak wtedy, gdy opisywał kuchnię programu "Dla tych co na morzu", którego był szefem:
"Czy audycje, które Pan prowadził również oprawiał Pan sam muzycznie? Wybierał Pan utwory? 
Nie, nie. Ja, jeśli chodzi o muzykę, jestem absolutnie, że tak powiem zero, a nawet minus zero.
???

Ja dzielę melodie świata na "Jeszcze Polska nie zginęła" i inne.

Yhmm... rozumiem...

Przy czym "Jeszcze Polska nie zginęła" poznaję bezbłędnie, ponieważ wszyscy wstają".
Każda jego opowieść była fantastyczna, więc szybko wzbogaciłem wystrój stołu o reporterski magnetofon. Dzięki temu zachowałem mnóstwo ciekawostek. Jedną z nich jest historia nadania przez króla Bolesława Chrobrego praprapraprzodkowi Michała Sumińskiego tytułu szlacheckiego i herbu "Bróg".

— Jest Pan też pomysłodawcą pośmiertnego przyznania Michałowi Sumińskiemu tytułu honorowego obywatela Elbląga. Dlaczego uważa Pan, że zasłużył on sobie na ten tytuł?
— Ponieważ od początku jestem zdania, że powinniśmy w pierwszym rzędzie honorować tym tytułem ludzi, którzy żyli w Elblągu, tutaj pracowali i tworzyli ponadczasowe wartości. Mamy ludzi niezwykle zdolnych, zasłużonych, wartościowych, a ich nie dostrzegamy. Może się mylę, ale wydaje mi się, że samorząd w dalszym ciągu nie potrafi myśleć o Elblągu, jak o małej Ojczyźnie. Przed laty mieliśmy wspaniałych konstruktorów turbin, jednych z najlepszych w świecie, jeszcze za Zamechu i co? Nic. Któż dziś pamięta ich nazwiska? Mieliśmy wspaniałych artystów, ludzi tworzących życie kulturalne – jak choćby założycieli "Czerwonej Oberży", lub wspaniałych pedagogów..., których mogłyby pozazdrościć wszystkie szkoły w Polsce. Wyliczać mogę długo. Może wreszcie nadszedł czas, aby dostrzegać, honorować i szanować wartościowych pośród nas? By niektórzy pozbyli się kompleksu prowincji i zaczęli tworzyć "Elbląski znak jakości"?

Michał Sumiński, prowadząc przez dwadzieścia lat "Zwierzyniec", najczęściej opisywał piękno naszego regionu, naszych lasów, pól, naszego świata. Uczył nas szanować przyrodę, kochać ją i opiekować się zwierzętami. Uczył nas przy tym i pięknej polszczyzny, i dobroci. A przy tym przez wiele lat sporą część każdego roku mieszkał w Elblągu. Był jednym z nas. Był ambasadorem naszego miasta. Kochali go wszyscy, którzy mieli szczęście wychowywać się na jego gawędach. W YouTube zamieściłem trzy filmowe fragmenty o Michale. W ciągu kilku ostatnich dni znalazły się tam piękne, wzruszające wpisy: 
"Niezapomniane, cudowne chwile. Za wszystko dziękujemy Panie Michale. Spoczywaj w pokoju".

"Można się nazwać szczęściarzem, że się miało te szczęście oglądać i edukować na takich programach. Niezapomniany człowiek, cudowny gawędziarz!"

"Zwierzyniec - program mojego dzieciństwa, ten głos zza światów, doprawdy, przywołuje piękne wspomnienia, wiecznych łowów, Panie Michale, na niebieskich przestrzeniach ["]".

"Wspaniały hipnotyzujący głos..... koniec świata już blisko, bo odchodzą najlepsi ludzie z duszą".

"Dziękuję Panie Michale... ze łzami w oczach dziękuję za ten wspaniały świat fauny i flory, pokazany w tych wspaniałych opowieściach. Będziemy pamiętać, przysięgamy !!".

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=ElrKFWGxmIA[/youtube]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama