Rozmawiamy o pasji, rzemiośle, dawnych czasach i o tym, czy zawód szewca ma szansę przetrwać próbę czasu.
— Czy może pan opowiedzieć o swojej ścieżce zawodowej?
— Skończyłem dwuletnią szkołę obuwniczą w Radomiu, to jest Zasadniczą Szkołę Przemysłu Skórzanego. Kiedy skończyłem tę szkołę, podjąłem pracę w Spółdzielczych Zakładach Obuwniczych imienia Buczka w Elblągu. Pracowałem najpierw w zakładzie przy ulicy Wigilijnej. Później pracowałem w wybudowanym zakładzie przy ulicy Panieńskiej. W 1980 roku przerzucili mnie tutaj do tego zakładu. Na produkcji zobaczyli, że lubię ludziom naprawiać buty. I jestem tutaj do tej pory. 22 lipca miną 44 lata.
— Czy może pan powiedzieć, że praca szewca jest jednocześnie pana pasją?
— Tak, można tak powiedzieć. Ja już powinienem być na emeryturze od 6 lat, ale jakoś mnie ciągnie tutaj. Nie mogę się rozstać z tym zakładem. Nie mogę się rozstać z tymi ludźmi.
— Jak w obecnych czasach wygląda rynek pracy szewskiej?
— Jest ciężko, teraz o tyle dobrze, że jestem na emeryturze i nie muszę płacić Zusu. Mój znajomy otworzył zakład w Malborku i musiał zamknąć, nie wyrabiał się z opłatami, nie te czasy. Chińskie produkty po prostu nam wszystko popsuły. Kiedyś to było tak, że ja musiałem i w niedzielę przychodzić, pracować, a teraz nie ma chętnych do nauki, no i się nie opłaca.
— Co daje satysfakcję w pracy szewca?
— Jak ktoś powiem, że jest zadowolony z mojej pracy, to mnie to cieszy.
— W jakim okresie jest najwięcej pracy?
— Jesień i wiosna, no to jest wtedy nawałnica. Teraz jest zastój, słabszy okres, który trzeba przetrwać.
— Jak długo pracuje pan w zawodzie?
— Od 1971 roku, pracuję z butami. 44 lata w tym zakładzie.
— Jak trafił pan do tego zawodu?
— Trafiłem do zawodu po szkole obuwniczej. Kiedy kończyliśmy podstawówkę to dyrektor, kierownik jeszcze jak na tamte czasy. Kierownik powiedział, że wyślą mnie do Radomia do szkoły obuwniczej. No i tak trafiłem do zawodu.
— Czy, żeby zostać szewcem, trzeba mieć jakieś specjalne predyspozycje?
— Trzeba mieć zamiłowanie do tej pracy. Trzeba to lubić i mieć smykałkę. Wyuczyłem jednego ucznia, ma zakład przy ulicy Hetmańskiej. Niektórzy przychodzili, nie mieli jednak pojęcia o zawodzie. Trzeba mieć smykałkę do tego, zamiłowanie i cierpliwość. Są klienci, którzy są naprawdę marudni.
— Czy zawód szewca jest współcześnie nieco zapomniany, niszowy?
— Tak, jest zapomniany. Jeszcze trochę i ten zawód upadnie, już nikt się nie garnie, po prostu się nie opłaca.
— No właśnie, jest pan właścicielem najstarszego zakładu szewskiego w Elblągu.
— Trochę szewców się przewinęło w zakładzie przede mną. Objąłem zakład po panu Hołocie, który pracował tu 12 lat. Dziś jestem jego właścicielem, najdłużej ze wszystkich wytrzymałem.
— To jest pierwszy zakład zaraz po wojnie, który powstał. Założył go Pan Jackowski. Mieszkał na górze, w tym budynku, a na dole prowadził zakład. Zatrudnionych było 12 szewców. Kierownikiem ich był pan Osak, którego osobiście poznałem w zakładach Buczka. I on opowiadał, że tu miał zakład, biuro swoje tu za tą ścianą. Kiedy powstała spółdzielnia Buczka najpierw tutaj naprawiali buty i produkcją się zajmowali. Kiedy się rozbudowali, przenieśli się na ulicę Kosynierów Gdyńskich. Tam było za małe pomieszczenie, więc przenieśli się na ulicę Wigilijną. Pracowałem na Wigilijnej, następnie przy ulicy Panieńskiej, z której przerzucili mnie w osiemdziesiątym roku tutaj.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!