– Pijani kierowcy wiozą śmierć – mówił w sądzie prokurator, odnosząc się do sprawy obywatela Ukrainy, który w marcu tego roku wsiadł za kierownicę mimo trzech promili alkoholu we krwi i spowodował śmiertelny wypadek na al. Grunwaldzkiej. Dmytro D. został skazany na 7,5 roku więzienia.
W poniedziałek 4 sierpnia w Sądzie Rejonowym w Elblągu zapadł wyrok w sprawie śmiertelnego wypadku na al. Grunwaldzkiej.
Przypomnijmy. Do tragedii doszło 12 marca 2025 roku. Około godziny 23:00 samochód marki Renault Kangoo zjechał z pasa ruchu i uderzył w sygnalizator świetlny na al. Grunwaldzkiej. Za kierownicą siedział Dmytro D., w chwili zdarzenia miał ponad 3 promile alkoholu w organizmie. Auto, którym kierował, zostało mu wcześniej powierzone do naprawy przez innego obywatela Ukrainy. W wyniku uderzenia śmierć na miejscu poniosła pasażerka pojazdu Swietłana B.
Oskarżony Dmytro D. ma 37 lat. Urodził się w Iwano-Frankiwsku w zachodniej Ukrainie. W Polsce przebywa od około czterech i pół roku. Ukończył studia wyższe techniczne. Przez pewien czas mieszkał w Gdańsku, a następnie przeprowadził się do Elbląga. Pracował tu jako mechanik samochodowy, zarabiał około 300 złotych dziennie. Ma dwoje dzieci: jedno przebywa na Ukrainie, drugie z byłą żoną w Polsce. W swoim kraju posiada dom oraz dwupokojowe mieszkanie
Podczas pierwszej, a zarazem ostatniej rozprawy Dmytro D. przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia, które zostały odczytane przez sędziego Bartosza Kuleszę: „Od około 4 i pół roku jestem w Polsce. W ostatnich ośmiu miesiącach zmarło pięć osób z mojej rodziny. Od pół roku nie wiem, gdzie jest mój ojciec, on zaginął. Z powodu tego, co powiedziałem, zacząłem nadużywać alkoholu. Zacząłem chodzić na mitingi w Gdańsku około trzy miesiące temu, żeby poradzić sobie z tym alkoholem. Jeździłem tam też chyba trzy razy już po przeniesieniu się do Elbląga. Svietłanę poznałem około pół roku temu w Gdańsku. Spotykaliśmy się tam, potem ja jeździłem do niej. Ona pierwszy raz przyjechała do Elbląga w środę 12 marca wieczorem około 23:00. Była bardzo pijana, przyjechała taksówką do mnie do hostelu. Ja zanim przyszła wypiłem dwa mocne piwa. Wyszedłem do niej, ona wtedy piła piwo, ja sobie otworzyłem kolejne. Powiedziała, że przyjechała, żeby mnie zobaczyć, mówiła, że wydała 300 zł na taksówkę. Poszliśmy do pokoju, ale ona chciała wyjść na papierosa. Wzięła kluczyki do auta, wsiadła na fotel pasażera, włączyła silnik, mówiła, że chce otworzyć szyby. Ja stałem obok, ona nagle ruszyła. Wsiadłem szybko, zgasiłem silnik. Siedzieliśmy razem, potem otworzyła szampana. Wyrzuciłem jej butelkę. Ruszyliśmy, ja prowadziłem. Ona krzyczała, że jestem jej niepotrzebny, uderzała mnie, szarpała kierownicą. Kazałem jej przestać. Wtedy usłyszałem hałas, jakby lewe koło w coś uderzyło. Straciłem kontrolę. Pamiętam tylko, że auto uderzyło w słup. Później nic nie pamiętam. Tylko to, że policjant posadził mnie w samochodzie policyjnym. Spytałem gdzie Svetlana. Cały byłem we krwi. Zawieźli mnie do lekarza, który powiedział, że jest w porządku ze mną”.
Obrońca złożył wniosek o ułatwienie przewodu sądowego i wydanie wyroku bez przeprowadzania dalszych dowodów. Wskazał, że oskarżony przyznał się do winy, wyraził skruchę oraz gotowość do dobrowolnego poddania się karze.
Podczas mowy końcowej prokurator przypomniał, że oskarżony miał ponad 3 promile alkoholu we krwi i naruszył sądowy zakaz prowadzenia pojazdów. Podkreślił, że oskarżony działał w stanie znacznego upojenia alkoholowego: – Wysoki Sądzie, mamy dzisiaj do czynienia ze sprawą, w której należy powtórzyć hasło, ten slogan, który wszyscy znamy, ale jakoś nie zawsze do świadomości społecznej dociera, ponieważ co roku mamy do czynienia z prawie dwoma tysiącami zgonów spowodowanych przez nietrzeźwych kierowców. Pijani kierowcy wiozą śmierć. Chciałbym, w imieniu oskarżyciela publicznego, również zwrócić się do przedstawicieli mediów obecnych na sali sądowej, aby to hasło nieustannie powtarzać, ponieważ — jak widzimy kolejny raz — jest taka potrzeba. Oskarżony był w stanie znaczącego upojenia alkoholowego i niestety doszło do tragedii: zmarła kobieta.
Zarówno prokurator, jak i obrońca zawnioskowali o ten sam wymiar kary: 7,5 roku pozbawienia wolności.
Sędzia Bartosz Kulesza wydał wyrok, w którym przychylił się do wniosków prokuratora i obrońcy. Orzekł wobec Dmytra D. karę 7,5 roku pozbawienia wolności oraz dożywotni zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych. Nałożył także obowiązek naprawienia szkody i zapłaty nawiązek: 16 tys. zł dla właściciela pojazdu, którym poruszał się oskarżony, oraz po 5 tys. zł dla trzech członków najbliższej rodziny ofiary. Nakazał też wpłatę 5 tys. zł na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym.
Uzasadniając wyrok, sędzia przypomniał, że mimo powagi czynu, sąd miał obowiązek uwzględnić również tzw. okoliczności łagodzące.
– Oskarżony nie był wcześniej karany. Nie jest osobą zdemoralizowaną. Przyznał się do zarzucanych mu czynów i w żaden sposób nie utrudniał postępowania. Kara jest adekwatna do stopnia jego winy – wyliczył.
Dodał, że społeczne koszty postępowania karnego, w sytuacji zakończenia rozprawy podczas pierwszego terminu, są znacznie niższe, niż gdyby proces miał toczyć się przez wiele terminów: – Musiało to znaleźć odzwierciedlenie w tym, że kara orzeczona wobec oskarżonego jest być może nieco łagodniejsza, niż byłaby w przypadku procesu trudnego, żmudnego i wieloterminowego, wymagającego przesłuchiwania wielu osób i biegłych.
Sędzia Bartosz Kulesza zaznaczył, że orzeczona kara jest zgodna z wnioskami oskarżyciela publicznego, a to oskarżyciel publiczny powinien dbać o to, aby kara była odpowiednio surowa.
Dmytro D. pytany przez obrońcę, przyznał, że żałuje tego, co się stało. W ostatnim słowie przekazał tylko: – Nie ma co powiedzieć. Przepraszam wszystkich.
Wyrok nie jest prawomocny.
Ewelina Gulińska
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze